środa, 28 stycznia 2015

trochę o rytuałach i dziwnych fazach.

chcę spać!

chce mi się spać cały dzień, szczególnie jak muszę gdzieś wyjść, albo coś zrobić. -przecież nie masz nic innego do roboty, możesz spać w dzień- powiedziałaby ciocia dobra rada. -dobrze ciociu, z miłą chęcią, a co do cholery będę robić wtedy w nocy ?!-odpowiedziałabym. i tak każdego dnia, od 12 do 20, oczy zamykają mi się same. wczoraj to nawet zamknęły się jackowi i tak spaliśmy na naszej szarej sofce. ja w jednym rogu, on w drugim, trzymając mnie za prawą stopę. a co tam, smaczne dwie godzinki przy odpalonym telewizorze i choince (o dziwo jeszcze stoi).

nie wiem co będę robić w lutym. w tym tygodniu kończą się wszelkie formy aktywności, które sprawiały mi radość. czas pożegnać się ze szkołą rodzenia i kursem włoskiego, przed którym w każdy poniedziałek rytualnie łaziłam po manhatanie w poszukiwaniu nowości i  coraz lepszych promocji. taka godzinka, tylko dla mnie. tylko ja, sklepy i czas. bo hajsu przecież brak. no, ale czasami kończyło się na suszonych śliwkach.
niby nie wiem co będę robić, ale na bank odwiedzi mnie mama, urządzę małej kąt w sypialni, skończymy remont kuchni (no, na pewno zaczniemy...) i będę siedzieć na sofie, oglądać telewizję i czekać. dalej będę smarować się dwa razy dziennie i ulegać pączkowej pokusie ilekroć mijam piekarnię. czyli jednak nie jest aż tak ze mną źle. coś tam wiem, coś będę robić.

oficjalnie ukończyłam fazę pierwszą pt: zanik mózgu. pregnancy brain - arrivederci ! powoli wracam do sił umysłowych. myślę, nie mam czarnych dziur od jakiegoś czasu i wiem, że aby zjechać na parking muszę wcisnąć przycisk -1, i nie, nie wciskam już 0 nie wiedzieć czemu. hurra! znowu umiem robić kilka rzeczy na raz. mam nadzieję, że nie pochwaliłam się za wczasu.
jak zakończę fazę drugą - wszystko leci mi z rąk, dam znać.

tymczasem, drodzy czytelnicy.

a tak - w ramach wizualizacji i zaspakajania mojej ciekawości - prawdopodobnie wygląda teraz nasza kasia. podobno jest wielkości ananasa. ananas jeden. no.




niedziela, 25 stycznia 2015

życie z brzuchem cd.

w dniu dzisiejszym kończy się 32 tc. mała waży już prawie dwa kilogramy, miewa napady szału i kopania, ale generalnie jest grzeczna, no chyba że wchodzi mamusi pod żebra i rozprostowuje nóżki. wtedy to już wcale przyjemne nie jest i mówię jej, że jest łobuzem. niech wie, kto tu rządzi.

w moim menu tygodniowym dominują owocowe smoothie i  słodkości. wiem, że to niedobrze (głównie dla mnie), ale co jak mogę poradzić? ciągle jestem nienażarta. jak próbuję ten głód zabić serkiem wiejskim, to już 5 minut po zjadłabym 3 czekolady, 5 kitkatów, pączka z budyniem i zapiła to wszystko sokiem pomidorowym.

w szkole rodzenia jesteśmy praktycznie na finiszu. za mną zajęcia ze znieczuleń, cesarki i nacinania krocza. im dalej w las, tym bardziej sama już nie wiem, jaki plan porodu mam ustalić. na co się zdecydować, a co w praktyce będą mogli mi zrobić. także przyszły tatuś miał swój debiut - wspólnie uczestniczyliśmy w kąpaniu i przewijaniu noworodka. nie wydawało się jakoś bardzo trudne, chociaż położna zapewniała, że pierwsza kąpiel dziecka to dwie godziny wyjęte z życiorysu. wszystko okaże się w praniu, a właściwie w kąpaniu.

jako zodiakalna baranica uwielbiam myśleć o sobie. nigdy nie żałowałam sobie niczego, chociażbym na koniec miesiąca miała żreć gruz z ziemniakami, jak to mawia mój mąż. ale nawet tu zaczyna mi się zmieniać, bo zamiast kupić sobie kolejne buty, których oczywiście potrzebuję, spędzam godziny na oglądaniu i wybieraniu rzeczy dla małej. szaleję na końcówkach wyprzedaży, oglądam rzecz po rzeczy i jaram się jak głupia każdym polowaniem. w tym wszystkim pomagają mi bliskie osoby, które kaśkę rozpieszczają jeszcze "za brzucha"i przywożą małe cudeńka.

jaka matka, taka córka. a ciocia iwi doskonale o tym wie ! ;-)

podsumowując - zaczęłam przekładać potrzeby innych nad swoje. chyba staję się matką. straszne i normalne za razem.

nie potrafię chwilowo wyobrazić sobie siebie bez brzucha. dziwnie się czuję oglądając stare zdjęcia. ostatnio pisałam o ciążowych koszmarach, a zapomniałam wspomnieć o najgorszym - śnie, w którym nie mam brzucha ! co jakiś czas się on powtarza, i jak tylko budzę się rano, sprawdzam czy wszystko mam na swoim miejscu. śmieszne to, ale i przerażające za razem, on jest częścią mnie, chociaż nie mogę już przecisnąć się przez wąskie przejścia, namalować kreski na oku w łazience( bo brzuch obija się o szafkę, no chyba że stanę na palcach i położę go na umywalkę) czy przytulić do pleców męża. tyle o  urokach życia w dwupaku. są gorsze i lepsze chwile, ale koniec końców to najsłodszy ciężar, jaki można sobie wyobrazić. no.

środa, 21 stycznia 2015

o atakach paniki i dziwnych snach

o spaniu część kolejna.
każdy z nas miewa dziwne sny. napatrzymy się na kogoś, albo coś podsłuchamy i wiele nie trzeba -nasza podświadomość przekształca to w zadziwiająco dobrze grającą całość. w ciąży nie można już mówić o dziwnych snach, jedynie o chorych, których przykłady prezentuję poniżej :

  • siedziałam na klozecie i coś mnie podkusiło - wsadziłam szczotkę do mycia klopa do ust. jak tylko uświadomiłam sobie co zrobiłam (no bo co ja zrobiłam - przecież jestem w ciąży!), bez wahania nalałam do ust domestosa, aby wszystko odkazić (!). na szczęście.... tylko tyle pamiętam.
  • łeba jest częstym motywem moich snów, mimo że babcia nie mieszka tam już kilka dobrych lat. tak więc zaczęłam rodzić w mieszkaniu babci koleżanki, nie było żadnej dostępnej karetki i finalnie musiałam dojechać busikiem do lęborka i sama urodzić. jacek nie zdążył przyjechać z gdańska.
  • urodziłam dwóch identycznych bliźniaków - jeden i drugi o twarzy mojego młodszego brata(jak miał  ze dwa latka). tak więc totalnie nie radziłam sobie z nimi, ciągle jeden mi gdzieś ginął, biegałam za nimi po całym domu i nie nadążałam ze zmienianiem im pieluch.

tyle o snach. na spanie w tym tygodniu generalnie nie mogę narzekać. pierwsza sprawa - moja kochana córeczka dała mi w poniedziałek przespać całą noc bez wstawania w nocy. pierwszy raz od pół roku mi się udało ! po drugie - dostałam rogala. siostry postanowiły sprezentować mi róg do karmienia. więc jak leżę na boku, to kładę go między kolana i walę kimę (w końcu!) tak wygodnie jak za starych, dobrych czasów przed brzuchem. jak rogala nie ma pod ręką, to zawsze jest biodro męża, ale czasem stawia opór, co zrobić, też się chłopak chce wyspać.

piękny, prawda?

zawsze myślałam, że z moich sióstr, to ja jestem najmniejszą panikarą - jednak życie weryfikuje wszystko... no, ale od początku:
poniedziałek. zaczynam dzień od samych cudownych wiadomości. idę pod prysznic, moczę głowę, otwieram szampon...a tam pusto. i coś we mnie pękło. najpierw dostałam słowotoku, którego nie będę cytować, bo postanowiłam, że nie będę przeklinać na tym blogu. pal licho, że głupek używał szamponu z jedwabiem, w końcu mu pozwoliłam. ale zużył i zostawił puste opakowanie, jak gdyby nigdy nic.
zostałam tak wytrącona tym z równowagi, że cała moja złość przerodziła się w histerię (bo przecież nie jestem gotowa, nic nie mam dla dziecka, a na pewno urodzę jutro). jacek mnie uspokajał, zapewniał, że będzie dobrze, zdążymy i inne takie, a następnego dnia z rana rozwalił żaluzje, nikt nie wie jak. tak więc stres, związany ze zbliżającym się porodem odbija się nie tylko na mnie (spoko, żaluzje już naprawione).

no, to by było na tyle.
buziaczek w ryjeczek.





sobota, 17 stycznia 2015

cyc dobry na wszystko

chyba spokojnie mogę tak podsumować piątkowe zajęcia w SR. przystawianie mam opanowane na lalce, wiem też, żeby karmić twardo, nawet jeśli cycki krwawią, bolą, mrowią - nie poddawać się, choćby nie wiem co. takie nauczanie zaleca państwo polskie, ciekawe, co?

strasznie mi się śpi, a może powinnam powiedzieć nie śpi. w teorii powinnam leżeć na lewym boku, ale średnio daję radę. przewracanie się z boku na bok = bombardowanie naszego łóżka z bonusem w postaci wstrząsów migowskiej ziemi. jakiś dramat. najgorsze jest wstawanie. krzyż pęka mi na pół, a jak już w końcu stanę na nogi i zaczynam stawiać kroki, bujam się jak 200 kilogramowy pingwin. a wstawać muszę conajmniej 3 razy w nocy, co dziwnym nie jest przy 500 razy większej macicy uciskającej pęcherz. ekstra.

w piąteczek rozpierała mnie energia i moc. wyprasowałam nawet zaległe ubrania. ale najważniejsze, że byłam na usg i kaśka jest zdrowa i leży już sobie zwinięta głową w dół. lekarz powiedział, że jest dużą dzidzią i według usg wygląda na 33 tc, a nie 31. my big, big girl. za 8 (!) tygodni się okaże.

w czwarteczek miałam okazję uczestniczyć w mini sesji ciążowej ( dzięki alina !), której namiastkę prezentuję poniżej :




na koniec małe obserwacje socjologiczne z zeszłej niedzieli:
siedzę w kościele, przed mszą. wchodzi mamusia, z córeczką na oko czteroletnią, idą do żłóbka pooglądać owieczki i figurki. jaka słodka dziewczynka myślę: czapeczka w kropeczki, różowy skafanderek. i nagle ta mała zaczyna tak drzeć ryja, sepleniąc do tego, że cała moja miłość do dzieci gdzieś znika, i jedyne o czym marzę, to żeby ją unicestwić. jak moja będzie się tak drzeć, całą winę zwalę na geny ojca i wyślę na wakacje do babci logopedki. o !

tymczasem powracam do sobotniego chilloutu z jackiem, czekoladą, kaszą z warzywami i szpinakowo-bananowym smoothie.

buziaczek w ryjeczek.



środa, 14 stycznia 2015

środek tygodnia

niestety nie wszystko idzie zawsze zgodnie z planem.

poniedziałek, to mój ulubiony dzień tygodnia. a tym razem niech go szlag !
tym razem mocno przesadził. a tak serio, z rzeczy których nie wiedziałam o ciąży - możesz zasłabnąć, chociaż czujesz się cudownie i zdrowo i nigdy wcześniej ci się to nie zdarzało. tak więc tym razem zaćmiło mnie pod prysznicem, pod który dopiero co zdążyłam wejść i spod którego ledwo zdążyłam wyjść. dawno się tak nie przestraszyłam. odkąd zaczął się ostatni trymestr, zdarzyło mi się to czwarty raz, tylko wcześniej zawsze był ze mną jacek. wniosek? myć się tylko jak jest w domu? z takim podejściem w ogóle nie powinnam wychodzić na zewnątrz.

tak więc winą może być niskie ciśnienie- 85/50, dzięki mamo. jeśli odziedziczyłam to w genach, to za 20 lat zacznę brać tabletki do końca życia, coby mnie ono nie zabiło.
możliwe też, że tarczyca mi wysiada, albo że taka to ciąża. przekonam się w piątek.

ze śmieszniejszych rzeczy- szkoła rodzenia.
siedem pań, siedem wielkich brzuchów, w tym jeden z bliźniakami. temat : poród. okazuje się jednak, że to nie ja będę najbardziej cierpieć tylko moja mała dzidzia, której duża głowa musi przejść przez węższy od niej tunel. i to o tym mam myśleć, a nie o tym, że mnie boli. tak więc znam już całą topografię gdańskich szpitali, wiem jak oddychać, jak rozpoznać skurcze, kiedy jechać do szpitala. na wszelkie niewygodne pytania, które kiedykolwiek przyszły mi do głowy, położna miała gotowe odpowiedzi. nikt o nic na głos nie pytał,a ona, jakby czytała w myślach wszystkich zgromadzonych. także tego, wolna amerykanka :
chcesz lewatywę- zrobią, chcesz zrobić w domu- zrób. chcesz się ogolić- gól, jak nie ogolą cię w szpitalu albo wcale. i najważniejsza dla mnie informacja - tak, w dzisiejszych czasach można mieć pomalowane paznokcie u stóp podczas pobytu w szpitalu.

jeszcze króciutka myśl o porodzie, bo wiele osób mnie o to pyta, dlaczego chcemy się zdecydować na rodzinny. nigdy nie myślałam, że chciałabym rodzić z ojcem dziecka. i pewnie jeszcze kilka lat temu, jakby ktoś mnie spytał, odpowiedziałabym,że to fuj, ble i ohyda. ale jacek to jacek. on sam to zaproponował, znaczy się chyba chce. poza tym, to jego dziecko. poza tym jest jackiem, który mógłby sobie spokojnie wytatuować na klacie : nic co ludzkie nie jest mi obce. mam wrażenie, że widział już wszystko.(no porodu jeszcze nie ) a ostatnia i najważniejsza sprawa, jemu najbardziej ufam. po za tym mimo,że na codzień udaje odłączonego od świata rzeczywistego programistę, w sytuacjach, które wymagają od niego odważniejszej postawy życiowej, do tej pory dawał sobie radę dzielnie. tak więc trzymajcie kciuki.

podsumowując mamy 31 tydzień. dzidzia podobno już sobie coś tam myśli, jej ulubione jedzenie to pączki( szczególnie te z budyniem z wegi, mniam) i podobno ma już ukształtowany temperament, który boleśnie (bo już nie słodkie pyrkanie) pokazuje mamusi, najczęściej nocą.

buziaczek w ryjeczek.


niedziela, 11 stycznia 2015

walka z wiatrakami.

dzisiaj właśnie moja cudowna aplikacja uświadomiła mi,iż zakończyłam 30 tydzień ciąży. do porodu pozostało równo 70 dni i powinnam zacząć się bać. sram w gacie.


a tak serio.
ten tydzień był całkiem przyjemny, po za pogodą, która nie rozpieszczała i wcale nie miałam ochoty spędzać czasu na świeżym powietrzu.
w ciągu tych 30 tygodni przemieniłam się w małego hipcia. tak się czuję. ograniczona w swoim ciele. nie to, żebym kiedyś była jakąś zgrabną sarenką czy motylem, ale ciężko się poruszać jak uda zaczynają się o siebie ocierać a każdy cycek waży ze trzy kilo.nie mówiąc o piłce z przodu.
czuję się bardzo szczęśliwa, ale fizycznie lepiej nie mówić. mam czasem wrażenie, że przemieszczam się z miejsca na miejsce, od celu do celu, a choć odrobina więcej wysiłku sprawiłaby ze padłabym na twarz.
najgorsze są noce. pełne niepokoju, który rodzi się gdzieś w twojej głowie. nie wiesz jak się ułożyć. w każdą stronę niewygodnie, a rano boli cię każda mała kość, o której nie miałaś pojęcia.

tyle z narzekania.
 z pozytywnych rzeczy, nowości i niespodzianek dnia codziennego :

dziecko lubi ed'a sheeran'a. jak tylko słyszy jego śpiewanie zaczyna się delikatnie ruszać.

zaczepiał mnie pan w autobusie, podpity a jakże. śmiać mi się chciało, bo najwyraźniej alkohol przeslonił mój brzuch maksymalnie opięty kurtką. za każdym razem kiedy ją zapinam modlę się, żeby zamek nie puścił.gadka o pogodzie nigdy nie skutkuje,a już szczególnie w połączeniu z wczorajszym oddechem.

dokształciłam moje dziecko w tym tygodniu - bardziej chyba lubi rosyjski niż włoski,jest wtedy bardziej ruchliwa.(ta, jakby to w ogóle miało jakieś znaczenie)

sama się dokształciłam czytając krótką książeczkę o pielęgnacji niemowląt. w sumie to nadal nie wiem nic.

byłam u dermatologa z rozstępami, coby szybciutko zareagować. pani doktor nie dość, że tylko rzuciła okiem, nawet mnie nie dotknęła. postawiła zaskakującą diagnozę : wchłoną się.
no jak się wchłoną, to zajebiście. żyć nie umierać.

tak więc przede mną kolejny tydzień zmagań i wyzwań. zaczynam  we wtorek szkołę rodzenia i nadal będę walczyć z wiatrakami, smarując ciało oliwkami, masłami, robiąc peelingi i pijąc 2 litry wód przyjaznej ciężarnym.
przecież życie to nieustająca walka.


a takie łóżeczko zrobię mojej małej zeberce. co mnie porąbało z tymi kropkami to sama chciałabym wiedzieć. znalezione na http://www.newarrivalsinc.com/Zig-Zag-Bedding-Sets_p_2859.html

buziaczek w ryjeczek.





piątek, 9 stycznia 2015

po 10 latach czas coś zmienić.

szlag.

jak to jest, że od 10 lat człowiek bloguje, pisze w gorsze dni co mu leży na wątrobie, a jak przychodzi co do czego nie umie sobie nawet ściągnąć najzwyklejszego szablonu. białego ! i jeszcze mój nowy, dziwny mejl każe mi zakładać nowego bloga i od razu blogować !
zawsze były blisko jakieś osoby, innymi słowy miałam ludzi od tego! a teraz siedzę sama w domu, więc radź sobie sama.
bilans

27 lat
7 miesiąc ciąży
14 kilo nadwagi
oto jak przyszło mi zacząć 2015 rok
nowy rok. nowy blog.

buziaczek w ryjeczek