wtorek, 24 lutego 2015

najgorsze

najgorsze są ograniczenia.
najgorsze.
nie możesz się schylić, podbiec do autobusu, iść i rozmawiać jednocześnie. jeden dzień to jedna wycieczka( bo jak nie, to padasz jak kawka na sofie/fotelu/podłodze/nie jesteś w stanie ruszyć nogą, ręką i nie wiesz co z tobą się dzieje). nogi golisz w starej misce/na krześle/z pomocą ochotnika - chociaż ja wczoraj ten etap ominęłam i zrobiłam to jak normalny, zdrowo funcjonujący człowiek- na stojąco pod prysznicem. na pewno normalnie to nie wyglądało, ale przecież nikt mnie nie oglądał (niezły show) i skończyło się tylko 7 zacięciami, a może i większą liczbą, ale przecież nic nie widzę z tyłu.
żadnych tatarów (oh, surowe mięso różnych maści wzdycham do ciebie), jajek na miękko i sushi z surową rybą. z nostalgią oglądasz też piękne wystawy i  kreacje, których nie możesz mieć, bo ich mierzenie nie ma najmniejszego sensu. cały twój obraz jest przecież zniekształcony, a w niektórych sklepach nie ma taboreciku niezbędnego by po wszystkim założyć buty.

najgorsze są zmiany.
najgorsze.
na początku nie wiesz co ze sobą zrobić. przestajesz pracować, na nowo organizujesz sobie czas. wszyscy zapewniają cię, że będą cię przecież odwiedzać i tak strasznie tęsknić, a finalnie odwiedzą cię raz dla czystego sumienia i szybciutko zapomną o twoim istnieniu w ich superważnym świecie pracy. przekonasz się na kogo naprawdę możesz liczyć, kto cię naprawdę lubił, trochę to jak pośmiertne patrzenie na własny pogrzeb, kto przyszedł. no lekki dramat, ale coś w tym jest. sama nie wiesz kiedy pozmienia ci się w główce. jednego dnia będziesz hejterem całego świata, drugiego samej siebie, a potem będzie ci wszystko jedno i cokolwiek los nie przyniesie i tak to weźmiesz na cycki.
popęka ci skóra, będziesz z tym walczyć. wyjdą ci żyły,a stopy będą przypominać stare, dobre serdele z mięsnego na rogu. za każdym razem będziesz 10 razy sprawdzać, czy waga cię nie oszukuje, a potem najdzie cię chęć jej unicestwienia. nie wsadzisz nogi w żadne ładne buty, całe szczęście, że jest zima i masz emu. dzięki odrobinie szczęścia i suszonym śliwkom ominie cię zgaga, zaparcia i hemoroidy.
ale na ból kości miednicy i krzyża (czyli rozrywający ból całej pipki i pleców przy jakimś śmiesznym podrygu) lekarstwa nie ma.

takie ot, podsumowanko po 254 dniach w dwupaku. napisałam takie zacne spraweczko, bo podobno człowiek szybciutko zapomina jak było.
mniemam jednak, że na samym końcu najgorszego czeka najlepsze.
amen.
buziaczek w ryjeczek.
notka troche według starej stylóweczki, ale jakaś melancholija mnie najszła za starą dobrą savicką.

sobota, 21 lutego 2015

odliczanie

36 tc praktycznie za mną.



do porodu pozostało 28 dni.
OMG! i tak nie mieści mi się to jakoś w głowie, że za 4 tygodnie wyciągną ze mnie małe dziecko. jakieś to takie ciągle nierealne i magiczne! nie pytajcie mnie czy mam stresa, bo te pytania stresują mnie o wiele bardziej ! zdarza mi się w nocy myśleć, nie spać, ale ostatnio wszystko jest takie intensywne, co chwilę coś się dzieje i jakoś inne sprawy mam na głowie. częściej chyba myślę co na obiad zrobić, niż w jakim terminie urodzę. choć tak naprawdę może za tydzień, może za 2, może za 5! kto to wie, dam znać :-)

za 6 dni będę miała kuchnię.
jaramy się z jackiem na maksa. od czerwca nie robiliśmy w domu frytek ( no bo w czym). nie upiekłam nawet pół ciasta czy mojej ukochanej tarty. tak więc dni upływają nam na wymyślaniu tego co zjemy, jak tylko ona będzie. jacek obiecał mi de volaille (hłe,hłe). rozpakuję te 83635484 kartonów z komórki vel pokoju dziecka i wszędzie zrobi się jakoś luźniej. luźniej mamy też w portfelu, a jak tam się poluźnia to zawsze jeszcze znajdą się inne rzeczy, za które trzeba ekstra zapłacić -  pęka szyba, psują się złośliwe rzeczy martwe, a ty musisz wszystko wziąc na klatę.

wracam do mojej leniwej soboty, chata posprzątana, lodówa pełna, mąż na meczu i w spokoju spijam kawkę i jem pierniki w glazurze( bo ostatnio tylko taki u nas klimat).

buziaczek w ryjeczek.




środa, 18 lutego 2015

o kuchniach, imionach i resztkach.

ozdrowiałam. w sensie - mam się lepiej. głowa mnie nie boli, katar jakiś znikomy jest, coś tam nieraz odkaszlnę. generalnie - jest poprawa, ale z domu nie wychodzę, jak nie muszę.
it's official - zaczęłam 9 miesiąc ciąży. mój brzuch jest jak wielka piłka lekarska, ludzie jak go widzą uśmiechają się pod nosem, jakby życzliwie i faktycznie, nie da się go już ukryć. wszyscy rzucają żarciki typu : niech pani nie robi, nie dotyka, nie stoi... ho ho, bo jeszcze pani zaraz nam tu urodzi , albo pytają kiedyż to maleństwo się wykluje. i tak dzień w dzień. z tego wszystkiego rozumiem powoli, że naprawdę już blisko i nie znam dnia ani godziny. jednakże w ferworze walki z kuchnią, wolałabym, żeby kaśka jeszcze nie wychodziła i trochę tam posiedziała. niech da rodzicom skończyć co zaczęli. ale spakowana do szpitala już jestem, jakby co. ;-)

tak więc jedą nogą kuchnia finita. dziękuję wszystkim, którzy tak pięknie wspierali, sprzątali po kafelkach/sufitach/sprzętach i dzielnie znosili mój gestapowski nadzór. cała reszta zainteresowanych, którzy w ramach pomocy mają do zaoferowania tylko swoje niezwykle ważne zdanie, mogą mnie już teraz pocałować.

a teraz rzecz, o której już kilka razy chciałam napisać, poruszyć ale jakoś tak zawsze inne sprawy wydawały mi się bardziej interesujące. imię. jak wybrac imię. jak wybrać drugię. pierwsze pytanie, jak ludzie słyszą, że jesteś w ciąży to zawsze : jakie imię...., no czasem zdarzy się, że ktoś najpierw zapyta : jak się czujesz?

na różnych blogach czytałam fajne i dziwne rozkminy - dlaczego tak, dlaczego nie, dlaczego kermit i jarzyna są fe, a dlaczego julia (chociaż jest ich teraz po 10 w jednej klasie) jest si. ja nie zamierzam się nikomu tłumaczyć, niech każdy nazywa swoje dziecko jak chce. dopóki nie byłam w ciąży, nie zastanawiałam się nad tym, ale z doświadczenia 9 miesięcy dam wam wszystkim dobrą radę ( tak, tym razem to JA będę ciocią). przyszli rodzice mają głęboko gdzieś wasze zdanie i czy wam się imię podoba, czy nie. nie potrzebują, żebyście im klaskali, że piękne i cudowne, albo mówili : nieeeee no, tak nie dawaj. do wszystkich mądralińskich : zrobicie, 9 miesięcy w brzuchu ponosicie, to wtedy sobie nazwiecie dzieciaka dokładnie tak jak chcecie. bo każdy ma coś do powiedzenia, a najczęściej ten, co nawet dziecka nie planuje.
ja jeśli chodzi o imiona to w ogóle jestem biedna bidulka. każda moja propozycja jest dodatkowo weryfikowana przez mojego męża : daniela- zwierzę łowne, róża- jak kwiat, jagoda- jak owoc, to nie,to nie, to nie. wymyśl coś innego, zaskocz mnie. no i tak...musisz chodzić z brzuchem, musisz urodzić, przytyjesz 17 kilo. a imię i tak wybierze tatuś. no, ale ten to chyba nawet zasłużył.

wyprałam z siebie wszystkie ostatnie brudy po chorobie. teraz już będzie tylko radośniej i piękniej. tak jak na załączonym obrazeczku - różowiutko! całuje was serdecznie.

najsłodsze pranie na świecie :-)


piątek, 13 lutego 2015

łóżko mym centrum dowodzenia

tak się podnieciłam tą nadchodzącą wiosną, że już następnego dnia dostałam zapalenia zatok. próba generalna przed dzieciakiem - budziłam się co godzinę w męczarniach (tym samym jacka i biedny taki nieogranięty poszedł do pracy-smuteczek). ból głowy minął, pozostał sam katar,puste kubki i tona zużytych chusteczek. każdy kto mnie zna, wie, że w moim słowniku nie ma słowa choroba i biedna agusia, a tu proszę.

tak więc drugi dzień z rzędu tego boskiego tygodnia leżę w łóżku w bordowej czapeczce, oglądam seriale (sherlocka-polecam) i dojadam wczorajsze pączki (dzięki pączkowe mikołaje).
dziś nie będzie żadnych foteczek, bo niby co tu pokazywać? może mój widok poprawił by komuś humor w piątek 13-tego (bo jacek twierdzi, że wyglądam jak krasnolud z władcy pierścieni), ale nawet nie wiem gdzie mam telefon.

romantyczny walentynkowy weekend w tym roku spędzamy z panem kaziem, który będzie nam kładł kafelki. jeśli ktoś chciałby się przyłączyć, to zapraszamy.

no, buziaczek w ryjeczek. i życzcie mi zdrowia.

wtorek, 10 lutego 2015

dni takie jak dziś

w takie dni jak dziś wszyscy wystawiamy nosy do słońca i ładujemy baterie ! kocham taką pogodę ! przedwiośnie w środku lutego. można wystawić pranie na balkon, wietrzyć chatę przez 5 godzin i napawać się tym słońcem, jakby się go nie widziało z pół roku. w takie dni jak dziś lubiłam iść i palić papieroski. ot, taka refleksja.

jedziemy z 35 tygodniem. jest coraz ciężej, ciaśniej i wolniej. sapię już przy każdym zdaniu i kroku. ALE. dostałam jakiejś energii z kosmosu, w internetach piszą, iż to syndrom wicia gniazda. tak więc sprzątam, tańczę, jem pomarańcze ( w formie smoothie, ale zawsze). kaśka nie raz jak zasadzi mi kopa, to jakby mnie ktoś z zewnątrz obił. ale grzeczna jest, nie narzekam, ostatnio daje nawet pospać w nocy. jedyny mankament to ogromne bóle pęcherza podczas spaceru i rozchodzenie się miednicy, co jak pocieszyła mnie pani doktor, jeszcze bardziej boli w okresie połogu. tak więc ekstra, będzie bosko !

wydarzenia z wczoraj.
pierwsza rzecz - choinka. dwa tygodnie męczyłam jacka, żeby ją wyrzucił. finalnie wczoraj był ten dzień. stała biedna na tym balkonie, aż zamarzła i zrobiła się dwa razy cięższa i nic nie można było z nią zdziałać. w końcu przyszła odwilż, mąż się za siebie wziął, kupił sekator i w 10 minut było po sprawie.
kolejna sprawa - jedna z ciężarnych znajomych urodziła. dostałam jakiegoś stresu przedporodowego i w jeden wieczór zakupilim wszystkie brakujące produkty. tyle u mnie. mąż w nagrodę idzie dziś na laser tag, a ja spijam kawkę i jem jackowo-urodzinową bombonierkę z jego firmy. ale nie zjem całej, tylko trochę, bo oszczędzam się na czwartek. (ha, ha !)

buziaczek w ryjeczek.
p.s. załączam foteczki dla potomnych.

                                               



sobota, 7 lutego 2015

trochę podsumowań

przez kilka ostatnich dni żyłam w trochę innym tempie niż zazwyczaj. przyjechała mama i trochę musiałam się natrudzić, aby dorównać jej kroku. zostałam dotleniona, przetyrana wzdłuż i wszerz moreny, a co więcej nagadałam się z drugim człowiekiem za ostatnie dwa miesiące, aż skończyło się sapką.
z przemyśleń : dopiero jak poszłam na studia, zaczęłam doceniać niedzielny obiad u mamy, a teraz kiedy jestem w ciąży ponad obiad doceniam to, co nasze mamy dla nas robią, a moja zrobiła pięć razy. tak więc tydzień kończę zaspokojona i pod względem towarzyskim i pod względem kulinarnym. jadłam tak dobrze, że tygodniowa liczba pączków zmniejszyła się do cyfry jeden.

powoli kończę 34 tc. wszystko mnie swędzi, a młoda uwielbia się przeciągać, wyciągać nogi i ręce, jeździć kończynami po całym brzuchu, włazić pod żebra i kopać w żołądek. słodziutkata moja dzidzia, co nie ?
moja cudowna aplikacja ciążowa pokazuje mi, że pozostało 42 dni (!!!). tak więc w przyszłym tygodniu, oprócz remontu kuchni zaczynam pakowanie walizki i najmniejsze pranie na świecie. :-)



jeśli chodzi o podsumowanie stycznia, to zleciał szybciej, niż się spodziewałam.
napisałam 7 notek, przytyłam 3 kilo, zjadłam 8 opakowań suszonych śliwek i 123 tabletki różnej maści.
także tego.
buziaczek w ryjeczek.

poniedziałek, 2 lutego 2015

radość z małych rzeczy

szczęśliwa siedzę na sofie, spijam kawkę, przeglądam mieszkaniowe gazetki. wszystko co założyłam od rana zrobiłam. pranie, podłogi,moje ulubione odkurzanie, zakupy i wietrzenie mieszkania(ostatnio maniakalnie wietrzę). do pełni szczęścia brakuje mi czystych okien, ale nie będę ryzykować - mogłoby się źle skończyć... mam teraz czas tylko dla siebie. więc siedzę i opalam się przez żaluzje.
odespałam, emocje opadły, mogę więc na spokojnie pojarać się wszystkimi giftami, które dostałam od najbliższych.

literki są słodkie, cudowne i definitywnie w kaśki z stylu(ha ha). rozłożyłam je sobie na pościeli, cyknęłam fotę dla potomnej i nie mogę się napatrzeć. mogłabym z nimi spać, zjeść je wszystkie i nie wiem co jeszcze. bujaczek na wypasie - jest biedronka, ślimaczek, wibra. z kim nie rozmawiam, mówi że to wybawienie dla każdych rodziców, dziecko śpi, uspokaja się i najlepiej by tam ciągle leżało. wypróbujemy jak przyjdzie czas i się przekonamy. sukieneczki, kaftaniki i wszystkie ciuszki są słodkie i mam tylko nadzieję, że uda nam się większośc ubrać chociaż raz.
jako, że dziecko nie może jeszcze na własne oczy zobaczyć wszystkich swoich skarbów, mama ma różne wahania hormonalne i raz się cieszy, a raz płacze; z prezentów najbardziej cieszy się tatuś.

jakby ktoś miał niedosyt słodkości, to zapraszam. dla każdego wystarczy.



niedziela, 1 lutego 2015

baby shower



dzisiejszy pościk będzie krótki i treściwy.

na każdym etapie życia człowiek uświadamia sobie, że ma obok siebie wiele cudownych i życzliwych osób. pierwszy raz doświadczyłam tego  przy okazji wesela, a teraz im bliżej rozwiązania, tym więcej wsparcia i miłości dostaję od najbliższych.
wczorajszy baby shower był bardzo udany, jestem bardzo szczęśliwa, że mogłam zobaczyć wszystkie bliskie mi ryjeczki, zasłodzić się na śmierć i poprostu spędzić z wami trochę czasu.
wybaczam wszystkim, którzy z różnych przyczyn nie dotarli (żart).

dziękuję za wszystkie cudowności, słowa i miłość.

love you all ! mama& kasia