wtorek, 31 marca 2015

jak nie urok to sraczka.

chciałam napisać cudowną notkę. o szczęściu jakie daje mi samo patrzenie na małą, jak jest fajnie i w ogóle. chciałam. ale nie mogę.

mama pojechała w czwartek i się zaczęło. po prostu spada na mnie wszystko po kolei, ból życia (tak łagodnie podsumowując) i jak w tytule. najpierw na jacka, potem na mnie. tak więc po 2 dniach w łóżku, wstając tylko gdzie muszę, ciężko mi zebrać myśli, cokolwiek pisać. jak uzupełnię określoną dawkę elektolitów, powrócę. przysięgam.


środa, 25 marca 2015

wzloty i upadki

po pięciodniowym horrorze, związanym z wizytą w azkabanie ( takie moje prywatne więzienie ten szpital), powoli i ja i moja energia zaczynają się stabilizować. nie chcę zapeszać, ale młoda ładnie je, ku wielkiej radości jej matki. wschody słońca stają się przyjemniejsze, tata coraz rzadziej się budzi nocą. i po takich dwóch całkiem przyjemnych dobach przychodzi noc, gdy nikt nie wie o co chodzi, nikt nie śpi, za to dziecko drze się w niebogłosy zupełnie bez powodu.

nie wiem wtedy, ryczeć razem z nią? ryczeć z całym światem, którym od tych 10 dni jest ta mała istota? nie wiem sama. nie wiem nic.
w drugą stronę działa to inaczej : jej nieświadome uśmiechy, zdziwione spojrzenia, chociaż wiem ze totalnie nie ogarnia, sprawiają, że chcesz się śmiać tak głośno, jak tylko możesz. a słodkie stópki rozmiękczą nawet najtwardsze serca.

między jednym praniem a drugim melduję, że chata doprowadzona do porządku. o oknach marzyłam od lipca (co za choroba osobista). zostało jeszcze dopracować obiad i zająć się samą sobą, bo mało brakuje i zacznę straszyć ( na razie sąsiadów, bo jeszcze nigdzie nie wychodzę).

już tak bym chciała się z wszystkimi zobaczyć, poplotkować, wypić w retro kawę, takie małe marzenia do spełnienia. a z nich największe jest takie, żeby wszystko było z małą dobrze.


niedziela, 22 marca 2015

o hormonach, pobytach i wschodach słońca.

minął tydzień. sama nie wiem gdzie uciekł. chyba we wszystkie skrajne stany ducha, jakie tylko można sobie wyobrazić, które oczywiście przeszłam.a więc dzisiaj trochę o porodzie, szpitalu i kaśce. czyli pierszy tydzień miłości.

tak sobie myślę, że poród w porównaniu do pobytu w szpitalu był całkiem przyjemny. urodziłam dokładnie tak jak chciałam - naturalnie, w 3 godziny od przyjęcia do szpitala no i z jackiem. jeśli ktoś chce więcej szczegółów - zapraszam na priv (ha,ha). bardzo chciałam spróbować gazu rozweselającego no i go dostałam. (polecam!) odjechałam po nim gdzieś hen daleko i przez chwilkę świat na porodówce był różowy w kropki. no a serio, średnio wiedziałam co się dzieje, i według jacka - co mówię. wszystko pięknie, ładnie, ale na skurcze parte to już ratunek żaden, nawet cała butla.

szpital wykończył mnie psychicznie. wycisnął ze mnie cały optymizm i pokłady dobrej energii. jeszcze dziś jak zamknę oczy czasami słyszę jego dźwięki, płacz dzieci i czuję okropny zapach. byłam tam strasznie nieszczęśliwa i ciągle głodna - do tego stopnia, że nie pogardziłam parówą na ciepło i kleikiem ryżowym. jacek pękał ze śmiechu. teraz, kiedy już trzeci dzień jestem w domu, mogę chyba powiedzieć, że trochę odbiłam i wracam do żywych.  jednak gdyby nie mama i jacek, nie wiem ile jeszcze trwałby ten baby blues.

kaśka.
mała jest cudowna i taka śmieszna. co prawda, od nikogo nie usłyszałam, że do mnie podobna, ale co tam. bardzo powoli się docieramy, no cóż - mało gada na razie, a czasem straszna z niej złośnica no i przede wszystkim - straszny leniuch ! w trzeciej dobie życia odrzuciła matczynego cyca, łamiąc tym samej zdołowanej szpitalem matce serce. bo przecież łatwiej pić z butelki, niż się wysilać. histeryzowałam, bo myślałam, że przegrałam tę walkę, ale dzięki wsparciu mojej mamy mała powoli mięknie i znowu je. kaśka rozwaliła w drobny pył moje zajebiście zaplanowane życie i teraz krok po kroku muszę organizować je i samą siebie na nowo. ojcu swojemu natomiast skradła serce i z chęcią by ją zacałował na amen.

moja doba dzieli się teraz na 3 godzinne cykle, w których przewijam, karmię, sama jem - bardzo topornie idzie mi nadrabianie moich życiowych zainteresowań tj. instagramów, fejsbuków i blogów różnej maści. wolę patrzeć na kaśkę i wąchac jej słodką główkę (jakkolwiek to brzmi). wierzyć mi się nie chce, że tydzień temu była jeszcze w moim brzuchu, a ja przecież na niedziele miałam tak ważne plany w postaci oglądania telewizji. cóż, najwyraźniej plan jej się nie spodobał i zarządziła ewakuację. jak patrzę na nią, ciągle nie wierzę, że to moje.

pozdrawiam was z mojego mieszkania, z którego póki co nie wychodzę, bo poruszam się jak quasimodo. pozdrawiam z domu pełnego miłości, gdzie nowym rytuałem jest oglądanie wschodów słońca, a największym żartem - "może usiądziesz kochanie" (kto rodził naturalnie, ten wie) ;-).

buzia ! p.s. specjalnie dodałam tego posta o 12.20, taka pierwsza, osobista tygodnica.


tygodniowa myszka. tak wygląda jak jest grzeczna, a mi się nudzi o 6 rano.


piątek, 20 marca 2015

dolce far niente ...gdzie jesteś?

15.03.2015 o 12:20 przyszła na świat niedzielna kaśka czyli katarzyna zofia. 52 cm, 3080 g. jesteśmy już (dobry żart) w domu i napiszę coś więcej jak w końcu się ogarnę.


piątek, 13 marca 2015

krótko i na temat.

miewacie czasem tak, że wstajecie rano i zastanawiacie się, co fascynującego będziecie dzisiaj robić ? nie macie żadnych planów, nic do roboty i nic nie musicie? kiedyś zdarzało mi się to sporadycznie, jednak teraz zaczynam tak każdy dzień. dlatego tak ważne jest i pomaga planowanie ( które przeca uwielbiam). ale nie będę kłamać. moje aktualne plany kończą się na otwieraniu okien czyli drobnych pracach domowych, przeglądaniu czy coś ciekawego w tv, no i niezaprzeczalnie - jestem królową seriali.
jednakże nie mogę powiedzieć, że ostatnie miesiące spędzone w domu zmarnowałam. nadrobiłam wszystkie książki, które zalegały gdzieś w mojej głowie. obejrzałam wszystko, co było do obejrzenia, nie wspominając o oglądaniu wszystkiego co w TV dają. miałam czas dla każdego, zmieniałam kolor paznokci 3 razy w tygodniu, zdecydowanie poprawiłam mój włoski, no i jestem na bieżąco z wszystkimi blogami i nowinkami w ubiorach, wystrojach domów i niewiemjeszczewczym. pewnie gdybym jeszcze chciała, mogłabym mieć nawet uprasowane gacie. podsumowując - jestem po prostu zajebista i nikt nie powinien mieć żadnych wątpliwości.


tak więc wracam do myślenia co tu dzisiaj ze sobą zrobić, z domem, z paznokciami i w ogóle. w końcu wszyscy mówią za jakiś czas z tęsknotą będę do tych chwil pełnych przemyśleń powracać.
i do dni, słonecznych jak dziś, mimo trzynastkowych piątków, w które żarłam kakaowe muffiny.

poniedziałek, 9 marca 2015

być w ciąży zimą.

uspokoiłam się. chyba. sypiam w nocy. robię się milsza dla ludzi. nie widzę własnych stóp (tfu serdeli) i nie jestem w stanie się schylić, ale ogólnie chwalę sobie te ostatnie dni w dwupaku. postanowiłam nie odliczać, tylko czerpać z każdego dnia tyle, ile faktycznie jestem w stanie. mąż mnie rozpieszcza. wozi mnie gdzie chcę, gotuje pyszne jedzenie i wyciąga słodycze z tajemniczych zakamarków, kiedy mówię, że zjadłabym coś słodkiego. no żyć nie umierać.

dzisiaj zaliczyłam ostatnie usg. mała waży 3 kilo, więc wszystko w normie. śmiesznie leży - z lewej stronymojego brzucha ma nóżki, twarz przodem do mojej twarzy, a po prawej stronie grzbiet. najbardziej nas rozczuliło, jak lekarka powiedziała, że ma długie, ponad 2 cm włoski. ah, długowłosa kaśka. miała otwarte oczy i buzie. no słodzia! nie mogę się doczekać, aż zobaczę jej ryjeczek.

w niedzielę byliśmy nad morzem. powiało wiosną i jak zaległam na tej plaży, to myślałam, że już z niej nie zejdę. fajnie jest urodzić dziecię na wiosnę, kiedyś się nad tym nie zastanawiałam, ale teraz myślę, że to super. dziecko na balkon,na słoneczko, niech śpi maleństwo, nie trzeba w kombinezony wciskać i grzać tyłka przy kaloryferze po półgodzinnym zimowym spacerku. o wiele gorzej dla mamy, brzuch rośnie odwrotnie proporcjonalnie do temperatur i trzeba się trochę nakombinować z ubraniami. myślałam, że będzie tragicznie, ale dałam radę i przeżyłam jesienno-zimową porę o dwóch parach ciążowych spodni, emu i  kurtce z 10-letnim stażem. i już nie mogę się doczekać, aż odkopię wszystkie moje ciuszeńki, powyciągam z kartonów i odkryję je na nowo. jak już będę w stanie się w cokolwiek zmieścić. ale tym nie będzę na razie was zanudzać i  siebie samej zamęczać.



jak się nudzicie to wpadajcie na kawkę, jestem w domu, tylko weźcie ze sobą pączki, bo dawno nie jadłam. buziaczki mordeczki moje.

czwartek, 5 marca 2015

w marcu jak w garncu (dosłownie !).

dwa dni nie wychodziłam z domu. pogoda w kratkę, raz grad, raz deszcz. żadna mi to przyjemność spacerować w takim syfie. dzisiaj wyszło słońce, więc udałam się na mini spacer piekarniczą, gdyż interesy w pobliskim carrefourze mnie wzywały. i tak szłam tą piekarniczą, śmierdziało gównem, znaczy wiosną. minęłam chyba ze 4 wózkary i taka naszła mnie refleksja, że niedługo to ja będę z tym wózkiem popylać tą śmierdzącą piekarniczą. aaaaaah.

zakupiłam chleb żytni i pierwszy album dla kaśki. piękny, różowy  przesłodki. dwie godziny oglądałam go teraz i już nie wspomnę, że przez ostatnie pół roku macałam go w empiku. polecam wszystkim przyszłym mamom. co mogłam to już pouzupełniałam. czuję się jak uczennica pierwszej klasy, która już tak bardzo mocno chce zacząć korzystać z pachnącego nowością piórnika. ah, te hormony. odbija mi już czasem.

pierwszy albumik kaśki s.


wiję gniazdo i nie wstydzę się tego ! codziennie wyznaczam sobie nowe cele i zadanka, nie zapominam też o mężu, cobym osamotniona nie była w tych działaniach. tak więc wczoraj juz 3 raz w tym miesiącu skręcał kolejny mebel, a we wtorek woził mnie po całym gdańsku w poszukiwaniu skandynawskich domków do pokoju małej. co zrobić, że mam dużo czasu, siedzę na tych blogach, instagramach i pinterestach no i  też zapragnęłam takie mieć !

mój śliczny własny domeczek z pepco.


tak cudnie, interesująco i powoli upływają mi dni w 38 tc. moja cudowna apka mówi, iż pozostało 16 dni, ale dzisiaj totalnie się tym nie przejmuję. jakiś taki dzień. szaleję w nowej kuchni dzień w dzień. codziennie coś gotuję - pomidorówki, mięsa, a wczoraj nawet upiekłam brownie (ale fotki nie wrzucę, bo już nie ma- haha) i z namaszczeniem sprzątam po wszystkim. kocham moją kuchnię. kocham! ciekawe, kiedy ta miłość mi przejdzie i zacznie mnie szlag trafiać przy tych białych meblach.


tadam ! eccola! p.s. nie byłabym sobą, gdyby któreś szafki nie były otwarte (mam z tym problem, dziedziczny). :-)

całuję was wszystkich w ryjeczki, aniołki moje.

poniedziałek, 2 marca 2015

marzec przez duże M


na pewno zastanawiacie się jak spędzam ostatnie podrygi w dwupaku i tylko z mężusiem, co nie? tak więc rozwiewam wątpliwości i zaspakajam ciekawość.

w sobotę świętowaliśmy z jackiem 6 lat razem. 6 lat ze mną chłopak wytrzymał, nauczył się dla mnie myć szyby i nawet się ze mną ożenił. chyba mnie kocha (hi,hi). z tej okazji zafundowaliśmy sobie we francuskiej ąęąę restauracyjce po cycku z kaczki, ale żeby za wykwintnie nie było ( bo przeca my normalni) ja zapiłam mineralką a jaca perłą niepasteryzowaną. na koniec dowaliłam sobie creme brulee o smaku miętowym. tak, przyznaję - chciałam niczym amelia rozwalić skarmelizowaną skorupkę i faktycznie daje to cały ogrom radości.



nasza kaczka - pychotka. polecam a la francaise w gdańsku.


w niedzielę zrobiliśmy pierwsze frytki w nowej kuchni, no i wkroczyłam w 38 tc. pozostało 20 dni i przypomina mi o tym i aplikacja ciążowa i każdy z kim nie rozmawiam. już tak mało, już taka spuchnięta, już odliczają. i niby jestem ben preparata, a czasami mam wrażenie, że nic nie mam i nic nie wiem. zaczęły mnie męczyć zawroty głowy, a stopy zwiększyły się tak, że ciężko mi je nawet wcisnąc w adidasy !

tydzień zaczynam w dobrym humorze, z podniesioną głową. gdziekolwiek się nie wybieram mój brzuch idzie pierwszy, potem druga broda a na końcu ja. ludzie puszczają mnie w kolejkach, na pasach, w auobusach - doczekałam się na ostatnie 3 tygodnie. nie psujcie mi humoru. cieszę się tymi ostatnimi chwilami z samą sobą, ciszą i zrobionymi stopami. a co !

marzec. w marcu wszyscy już myślą o wiośnie, a ja wciąż o jednym i tym samym. a jako, że jestem monotematyczna (sorry sorry sorry) i nie mogę zrobić wiosennych porządków w szafie ( bo po co?), wprowadzam sobie z okazji marca trochę wiosny w naszym domku. efekty poniżej. żeby nikt nie miał wątpliwości - tak, s to moja ulubiona litera.


moja radosna twórczość nad sofką. no i mamy serduszka i obrus. ;-)



trochę wiosny na morence, wiem wiem, że niewyprasowany obrusik, ale i tak wygląda zajebiście.