wtorek, 28 kwietnia 2015

o tym jak zmotywowały mnie zaginione adidaski.

znowu kwiecień plecień. po podrygach lata wraca jesień! co to za sprawiedliwość ja się pytam?
tak więc zamiast dzielić los morenowych wózkar, wzięłam się za graciarnię. bo jesienią najlepiej się sprząta. syf tam i malaria. ciężko cokolwiek znaleźć, nawet własne myśli. nie ma mebli, nie ma żadnego pomyślunku (co potęguje tylko mój mąż kładąc wszystko byle gdzie), jedynie żółty storczyk jakoś ratuje sytuację i daje nadzieję, że kiedyś będzie to przytulny pokoik kasiulka. układam i spisuję i mam nadzieję, że gdzieś tam czekają na mnie moje piękne różowe adidaski, które pewnie schowały się w jednym z 363748494 kartonów.

dni mijają mi szybko. przed południem zawsze jestem po śniadaniu i ćwiczeniach. jednak tych drugich niekiedy w całości nie da rady zrobić, bo mała ma takie wyczucie, że budzi się zawsze kiedy chcę zmienić pozycję albo dołożyć extra ćwiczonko. daje czadu tak, że to z nią muszę się nieźle gimnastykować, a nie z jakimiś chudymi paniami z youtuba. 

6-tygodniowa kasia lubi się kąpać, czai coraz więcej i generalnie jesteśmy najlepszymi koleżankami. jednak coś czuję, że  tylko do jutra, bo czeka nas wizyta u chirurga i szczepienie. auć! za mną pierwsze wychodne, tatuś dobrze się z córeczką bawił, więc pewna jestem, że będą kolejne. co prawda dużo o niej myślałam i nie mogłam doczekać się, aż znowu pocałuję jej główkę, ale nie można przecież dać się zwariować. drugi sprawdzian w piątek, bo idziemy na wesele. kolejna imprezka na trzeźwo, ale co tam. w życiu liczy się przecież dobry event!
buziaki !

 kasiek 6 tygodni, no mała dresiara wiadomo- po matce.



a taka ze mnie wózkara.





czwartek, 23 kwietnia 2015

go go go !

jak mi się nie chce ćwiczyć! omg. tak strasznie i okropnie. to dopiero 4 dzień, a już dopada mnie taki leń na samą myśl o ćwiczeniach, że głowa mała. zacznijmy od tego, że pod górkę mi z tymi ćwiczeniami, nie dość, że zgubiłam gdzieś buty od fitnessu, to w moje piękne oddychające ciuchy ledwo się mieszczę. drugiego dnia nie mogłam usiąść - ani na sofę, ani na kibel, ale twardo - najczęściej po 7 zaczynam, gdy w międzyczasie dziecię me śpi. coprawda przebudza się ze 3 razy, i lulam jedną ręką, lub nogą - zależy co aktualnie mam wolne. no prześmieszny widok. i ta duma i wzruszenie, gdy słyszę, że ewa jest ze mnie dumna. żeby nie było lipy wspiera mnie ulka, która z tłustego chudzielca chce się stać samym chudzielcem chyba. ah. to tyle jeśli chodzi o moje sportowe potyczki.

mała coraz bardziej kumata, rano nawet trochę pouśmiechamy się do siebie. od wizyty cioci uli polubiła kąpiele (nie płacze) i dyda (smoczek), bez którego ryk jest w niebogłosy. jutro idziemy do lekarza, generalnie z pępkiem ( 6 tygodni i jeszcze cały czas nie odpadł), ale dzisiaj biedna zachrypła i nie wiem co jej jest - płacze jak jakiś kotek, aż się serce kraja.

koniec kwietnia, czuję się świetnie. chodzę na spacery, wdycham świeże powietrze i ładuję akumulatory na słońcu. pranie schnie chwila moment, chata ogarnięta. no aż chce się żyć! i to jak.

niedziela, 19 kwietnia 2015

77

koniec tego dobrego.

załamałam się. nie tyle, że się nic nie mieszczę, ale w każdych spodniach, które dziś wciągnęłam na tyłek wyglądałam jak mały prosiak. nie płaczę, nie histeryzuję, tak, rozumiem (mężu), byłam w ciąży, ale kiedy słodziutko rósł mi brzuch, znienacka urosło też dupsko! waga i centrymetr nie mają litości.

młoda jest ostatnio taka grzeczna i wyrozumiała, nie muszę już jeść suchego ryżu i niedoprawionego mięsa. jem praktycznie wszystko, a dni mijają i czuję się coraz lepiej, w związku z czym czas najwyższy podjąć wyzwanie i wrócić do poprzednich rozmiarów. nie będę się odchudzać, tylko ruszać. mąż żywi mnie przecież bardzo dobrze.
nie jestem wariatką (czasem tylko desperatką), wiem, że nie zrobię tego w miesiąc. daję sobie 5 miesięcy i ambitnie chcę schudnąć 15 kilo. generalnie 8 by wystarczyło, ale trzeba iść za ciosem.
napisałam to tylko dlatego, żeby nie rzucać obietnic w przestrzeń, tylko praktycznie na papier.

tak więc, zaczynam od zjedzenia resztek białej czekolady, umalowania paznokci na niebiesko (no raczej) i włosów na blond.

trzymajcie kciuki. za miesiąc update.


środa, 15 kwietnia 2015

love love love

jeśli ktoś nie chce rzygać tęczą, niech nie czyta tego wpisu.
minął miesiąc z moją księżniczką. początki były trudne, jeśli nie dramatyczne, ale z każdym dniem zakochuję się w niej coraz bardziej.

kocham jak na mnie patrzy "mądrym" wzrokiem; jak szuka piersi i szaleje, próbując ją złapać; jak je niczym mały chomiczek.
kocham zapach jej główki, rączki, stópki i mały nosek i jak pachnie jej z buzi mleczkiem.
kocham jak dojrzy coś nie wiadomo gdzie i patrzy przez kilka minut i tak słodko marszczy czółko.
kocham jej wszystkie uśmiechy i najsłodsze dołeczki i malutkie uszka.
a najbardziej, godzinami, kocham patrzeć jak śpi. jest wtedy takim aniołkiem i wybaczam jej wszystkie złości. czasem śmieję się, że wygląda jak mały książę jerzy, zresztą nic dziwnego, przecież to moja mała prywatna księżniczka katarzyna.


niedziela, 12 kwietnia 2015

club 27

dwadzieścia sześć. to brzmiało dziwnie, a co dopiero dwadzieścia siedem. wczoraj dołączyłam do elitarnego klubu i nie czuję się z tym jakoś źle. nie chcę robić żadnego bilansu, po prostu jestem w miejscu, w którym chciałam być. mam wszystko, co chciałam mieć i nie potrzebuję niczego więcej.

kiedyś.
musiałam mieć całą otoczkę, kolorowego torta i koniecznie imprezkę ze znajomymi. w tym roku świętowałam bez tych wszystkich atrakcji, tylko z jackiem i kaśką. to najlepsze prezenty jakie dostalam od losu. nic nie przebije odjeżdzających niewiadomo gdzie oczu małej i jej nieświadomych uśmiechów zarezerwowanych tylko dla mnie. no, najlepsze urodziny ever.

środa, 8 kwietnia 2015

taka wiosna.

zbieram się i zbieram do tego pierwszego spaceru. i ciągle coś. tyłek, noga, silny wiatr. no nie po drodze nam jakoś. obiecali ciepły weekend, obiecałam zatem spacer. taki wiosenno- urodzinowy, może nawet oksy założę i poudaję fajną matkę.
może nawet kaśka kimnie, bo ostatnie próby werandowania i pobytu na balkonie rozpoczęły i zakończyły się rykiem, w związku z ubieraniem w kombinezon, ale też z powodów nikomu nieznanych. młodej w końcu urosła głowa i wreszcie jedna z czapek jest na nią dobra. ma tych ciuchów dziewczyna, ale co z tego, jak póki co wszystko prawie na nią za duże, a to co w miarę dobre ściąga z rękawami do połowy brzucha i tak leży, jak jej matka, z gołym cyckiem. niedaleko pada jabłko. ah.

w wielkanoc kaśkę ubraliśmy w białe wdzianko od babci, w którym wyglądała jak mały baron, ale chyba jej przypasowało, bo była grzeczna jak aniołek i to cały weekend. skończyła dziewczyna 3 tygodnie, nie wiadomo nawet kiedy i pojawił się kolejny problem - ciągle jeszcze pępek nie odpadł i znowu muszę z nią jechać do lekarza, co pewnie jej się nie spodoba, ale cóż. jak się dowie, że w piątek kolejny lekarz to już w ogóle dostanie wścieku. haha !

tu jeszcze pamiątkowa fota z pępuchem. ;-)

a ja chcę już poczuć wiosnę, tę podwórkową, bo w domu moja wiosna dawno już przyszła.
pojechać na zakupy i kupić sobie spodnie, w które w końcu się zmieszczę. w ogóle się obkupić. może jak moja córeczka będzie łaskawa, za jakiś czas się uda.

wiosno, trwaj !

piątek, 3 kwietnia 2015

koniec końców

koniec. koniec. koniec.
koniec z tymi lamentami i użalaniem się nad sobą. wczorajszy dzień dał mi nadzieję, że mimo małej w domu (w relacji sam na sam) jestem i będę w stanie ogarnąć wszystko co chcę. wcześniej nie sądziłam, że to możliwe.
nie mogę się doczekać jutra, w końcu wyjdę do ludzi i zobaczę wszystkie ukochane twarze. na maksa idealizuję ten moment, ale przecież lepsze eventy mnie teraz nie czekają.
tak więc dzisiejszy piątek jest dla mnie końcem i początkiem.

początek jest taki, że mam chwilę dla siebie. piję karmelową inkę i lulam dziecko w wózku prawą nogą. mała strasznie się zmienia. waleczna jest. najpierw walczyła z cyckiem, teraz z morfeuszem. jest coraz fajniejsza, nie ma błędnych oczu jak większość niemowląt. mam czasem wrażenie, że patrzy na mnie, jakby rozumiała co do niej mówię (haha). kładę przed nią czarnobiałą poduszkę, bo podobno widzi kontrasty i trenujemy podnoszenie głowy jak leży na brzuchu- to tak z atrakcji.
i nie, nie byłam jeszcze na spacerze, bo nie jestem w stanie jeszcze sama chodzić, ale werandowanie rozpoczęłyśmy.

tydzień temu mieliśmy wszyscy w domu sesję. było ciężko, tata niedysponowany i strasznie się namordowałam z małą, bo fotek nie lubi i wcale spać nie chciała, ale efekt przepiękny. więc chyba warto było.

zdrowia na święta.