wtorek, 26 maja 2015

o wolności wielowymiarowej

w moim przypadku wolność była już wiktorią, a potem zmutowała się i przemieniła w rower.
nigdy nie doceniałam samotnych wycieczek czy jazdy na rowerze w ogóle, a teraz nie potrafię opisać, jak cudowne to uczucie. tylko ja - sam na sam z rowerem, las, słońce, dzikie niezapominajki.
w maju wolność znaczy rower. wspaniale być wolnym, mieć znowu osiemnaście lat i przeżywać takie chwile. czuć to w powietrzu i pozjadać trochę robactwa. no nie mogę powiedzieć, iż była to jazda bez trzymanki, jechałam raczej stabilnie, jeśli nie rekreacyjnie (haha), ale to jedna z lepszych przyjemności, którą sobie ostatnio zafundowałam (a raczej zafundowała mi mama zajmując się kaśką). dnia następnego udało mi się nawet wybrać na romantyczny wypad na rower z mężem (pierwszy raz ever). on swoim tempem, ja pięć metrów zanim, dalej jedząc leśne muszki. ale i tak było fajnie, prawie kolacja przy świecach, no nie mogę powiedzieć.

cudowny to był weekend i tydzień. nie ma jak u mamy. codziennie chodziłam z małą na spacery, a w weekend do standardowej wycieczki mój mąż dołożył przeboskie lody w górze lodowej. teraz nie smakują mi żadne inne. smuteczek.

skoro dziś jest dzień matki, to dwa słowa do mojej mamy. kocham cię. jesteś najlepsza. i sama nie mogę się doczekać, aż kiedyś usłyszę to z ust małej kasi. i dzisiaj co prawda nic mi nie kupiła, ale dała mi chwilę czasu bym mogła dopić drugą kawę i napisać tę notkę.


no oczywiście musiałam się zatyrzmać i zrobić im focię.

taka ze mnie mamuśka.

p.s. chciałam jeszcze dodać jakąś fotę z jacą na rowerze, ale na żadnym dobrze nas nie widać :) ( i tak robisz najlepsze focie mamo)

wtorek, 19 maja 2015

hometown glory

szlag!

update notki kwietniowej.
miesiąc minął a waga nic ! no może pół kilo, jaka to dla mnie motywacja? na szczęście centymetr się zlitował i pokazał w biodrach i w pasie minus dwa. generalnie spadek idzie jak krew z nosa, w przeciwieństwie do aktywności fizycznej i energii, której mam ostatnio nadmiar.

dostałam od mamy gumę i oszalałam ! włączyłam dla odmiany lewandowską. ćwiczenia niby łatwiutkie, a potem rąk nie mogę podnieść. no i odkąd do słupska na wywczas przyjechałam, codziennie jestem na spacerze. cudownie jest mieć park pod nosem, czuć słońce na twarzy i wiatr we włosach

fajnie wracać na stare śmieci i szwędać się po rodzinnym mieście. w maju przyjemność podwójna. tak więc są znajomi, są pogaduchy i kawa z mleczkiem, tylko bez papieroska i trochę mniej intensywnie niż kiedyś.  każde miejsce ma swoją historię i jakieś znaczenie. i tak na przykład na poniżej zamieszczony kasztanowiec w PKiW 20 lat temu nasz kochany tata wchodził jesienią i trząsł gałęziami, coby małym córeczkom świeżuteńkie kasztany na ludziki pospadały. ah, takie sentymenty.

 kasiulek zwiedza słupsk.




piątek, 15 maja 2015

miód z cukrem

dzisiaj mój słodki dzidziuś skończył 2 miesiące. policzków dostała, nogi nabite, kikut pępowinowy twardo się trzyma. od kilku osób słyszałam, że czasem do mnie podobna (może to te nabite nogi hehe). kolejny raz to napiszę - nie mam pojęcia kiedy to zleciało ! młoda zaczyna gaworzyć, czai nie tylko krówki na karuzeli, ale też niektóre grzechotki i wydającą ciekawe odgłosy kolorową sowę. budzi się szczęśliwa, grzecznie sobie leży, nie płacze, i dużo się uśmiecha ! :) uwielbia jak nosimy ją na rękach i może z wysokości podziwiać świat. potrafi też drzeć paszczę przez godzinę, że opadam z sił, a za chwilę jej przechodzi i tak słodko się śmieje, że nie mogę jej nie wybaczyć.

poniżej focia mojego ośmiotygodniowego tłuściocha z pierwszego grillowanka w plenerze.



środa, 13 maja 2015

pięć rzeczy.

mój zwyczajny dzień na kompie zaczynam od sprawdzenia poczty, pudelka no i fejsa. ale jak już przeczytam co tam w moim świecie, odpalam zakładkę blogi i sprawdzam po kolei co u innych. czytam te blogi i czytam. niektóre z ciekawości, inne dla inspiracji (ściągam przepisy ile wlezie), a część z ogromnej sympatii dla blogerek. spodobało mi się, jak piszą o nieznanych faktach z ich życia, bo sama zaczęłam się zastanawiać nad rzeczami, które ja uwielbiam (większość chyba od dzieciństwa), a mało kto o tym wie. napiszę, a co! pośmieję się za parę lat!

1. kocham białe rzeczy. może brzmi to wybitnie tandetnie, ale tego nie zmienię. białe tulipany, czekoladę, ubrania, dodatki i i buty (ale wieś). u ludzi cenię też białe zęby, a w domu białe ściany. w życiu ważne jest (po)uczucie czystości.



2. prawie zawsze maluję paznokcie na niebiesko. serio. mam to od dzieciństwa, od pierwszych odcinków sailor moon, kiedy pokochałam czarodziejkę z merkurego, która takowe miała. i mogli się śmiać w szkole, że jestem marcysią ze złotopolskich. kocham i już. stoją w lodówce, na górnej półce-wszystkie przepiękne odcienie, a mój ulubiony to paese nr 305.




3. mój ideał urody to hanna lis. no nie wiem skąd się takie coś bierze u człowieka w głowie, ja tak mam odkąd ją zobaczyłam w panoramie czy teleexpressie, może miałam z siedem lat. tak mi już zostało. lubię blondynki z ciemnymi oczami. nikt i nic tego nie zmieni.

4. mój ulubiony smak to mięta. cukierki, czekolada z miętą, herbaty wszelkich maści, a najbardziej ta świeża -zaparzona od razu po zerwaniu, koniecznie z cukrem. no i papieroski miętowe. j'adore.



5. w głębi serca jestem dresiarą (delikatną, ale zawsze). jak nikt nie widzi związuje włosy w koka, zakładam kolczyki koła, żuję gumę z otwartą buzią i mierzę mijanych ludzi. nie, no serio wyrosłam z większości (cóż), ale miłośc do bluz z kapturem i adidasków nigdy się u mnie nie skończy. nigdy!

a ty masz swoje pięć rzeczy ?


niedziela, 10 maja 2015

majowe żyćko c.d.

w końcu znalazłam buty od fitnessu, ale co z tego, jak waga ani drgnęła. zdołowana jestem, ale nie odpuszczę, no nie mogę. czasem tylko mam myśli, żeby to rzucić wszystko w cholerę, na przykład jak czterdziestominutowy program robię prawie dwie godziny. bo ryczy, bo kwęka, bo chce cycka. albo jak mierzę kolejną rzecz w przymierzalni, patrzę w lustro i nie wierzę. no dramat goni dramat.

za nami bardzo miły weekend. kasia zaliczyła swojego pierwszego grilla. chyba bardzo jej się podobało, bo była grzeczniuteńka. muszę więcej siedzieć z nią na dworze, bo duża ilość tlenu sprawiła, że waliła kimę prawie cały pobyt na działce. byliśmy też na zakupach, bo chciałam sobie poprawić humor i kupić coś fajnego. tak więc ja skończyłam z jednym t-shirtem i wisiorkiem, a jacek z całą reklamówką ciuchów. czyli szoping na plus. eh.

coraz bardziej porządkuje moje życie. wieczorem mam czas nicnierobić czy poprzeglądać w necie nowe gazetki promocyjne dyskontów. jeszcze kilka takich spokojnych wieczorów i skończę sprzątać i układać graciarnię vel pokój dziecka. poranki są  najbardziej busy, muszę się z młodą nagimnastykować, wstawać kiedy ona chce i robić tak jak mi dyktuje. ale jakkolwiek jestem zła, wystaczy jej jeden słodki uśmiech i zapominam o niewyspaniu i złości. no sami powiedzcie, jak jej nie schrupać?






czwartek, 7 maja 2015

torba do szpitala (gdańsk zaspa)

na prośbę ciężarnych koleżanek i ku pokrzepieniu serc przyszłych mam - po raz drugi wystąpię jako ciocia dobra rada ;-) sama pakowałam się i pakowałam, aż w końcu jak koleżanka ze zbliżonym terminem porodu urodziła, spięłam poślady i w 30 minut wszystko było gotowe. warto być spakowanym miesiąc przed terminem, bo nigdy nie wiadomo, nie znacie dnia, ani godziny...;-)

co zabrać ze sobą do szpitala ?

1. dokumenty - dowód osobisty i kartę ciąży ( plus ja miałam wszystkie najnowsze wyniki badań, ale wzięli ode mnie tylko badanie grupy krwi z uwagi na to, że mam rh -)

dla dzidziusia

2. środki do pielęgnacji niemowląt (na zaspie dzieci myją na drugą dobę i moim zdaniem nie ma sensu brać oliwek/żeli/balsamów, jedyne co mi się przydało do pielęgnacji pupy niemowlaka to linomag, którego używam po dziś dzień)
3. pieluchy (ja miałam opakowanie pampersów 42 sztuki, nie zabrakło)
4. pieluchy flanelowe 3 szt (są idealne do otulania maluszka, noworodki zawija się w kokonik, czują się wtedy bezpiecznie, bo jest im ciasno jak w brzuchu mamy; co więcej na zaspie jest tak gorąco, że w marcu kocyk był optymalny, zapewne latem wystacza sama flanelka)
5. pieluchy tetrowe 3 (przydają się do karmienia, do wycierania po kąpieli)
6. rożek, kocyk, skarpetki, rękawiczki, czapeczka (rożek miałam, nie był potrzebny. kocyk jak najbardziej. skarpetki warto mieć- szczególnie do zakładania na rączki- rękawiczki niedrapki są beznadziejne, w ogóle się nie sprawdzają. czapeczki warto wziąć ze dwie w różnych rozmiarach. kaśka miała taką małą głowę, że wszystkie czapeczki, które miałam spadały jej z główki)
7. mokre chusteczki
8. ubranka dla dziecka (zestaw do ubrania po porodzie - w zależności od pory roku, ale na pewno czapeczkę, body, spodenki ( albo jednoczęściowy pajacyk) i skarpetki. ubranka dobrze wziac w roznych rozmiarach po jednej sztuce, zawsze może dowieźć mąż- jak u mnie ;-))

mama

9. koszule nocne rozpinane do karmienia (ja miałam 3, ale i tak było mi za mało, w tym szpitalu było tak gorąco, że pociłam się jak szczur, po 3 dniu dałam jackowi do wyprania, bo by mi zabrakło. czytałam, żeby do porodu  ubrać jakąś starą, albo tę której nam nie żal, a a ubrałam najładniejszą czerwoną i  nic z nią się nie stało)
10. cienki !!!! szlafrok ( jak najcieńszy, bawełniany, nawet zimą)
11. biustonosz do karmienia ( miałam dwa)
12. wkładki laktacyjne ( z 10 szt)
13. podklady jednorazowe i podpaski (na zaspie jest bezproblemowy dostęp, tak jak i do dużych podpasek - tzw traktorów( haha) i do gazików)
14. figi jednorazowe (polecam  majtki siateczkowe, można je prać i są naprawdę wygodne)
15. szampon, żel, pasta, szczoteczka, dezodorant ( warto też spakować kilka siatek jendorazowych, jak szłam pod prysznic mogłam wszystko sobie powiesić na wieszakach)
16. duży i mały ręcznik
17. kubek i sztućće
18. woda do picia ( na poród i duuuużo wody do szpitala, ale to mogą nam dowieźć później. ja miałam też wodę termalną i bardzo się przydała i podczas porodu i podczas pobytu w upalnym szpitalu)
19. ręcznik papierowy, miękki papier toaletowy
20. kapcie, klapki (ja specjalnie zakupiłam kapcie i ani razu ich nie użyłam, tak było gorąco)

nie zapomnijcie o ładowarce do telefonu i dozwolonej białej czekoladzie na osłodę życia. w domu w widocznym miejscu zostawcie ubrania dla dziecka i dla siebie na wyjście. najlepiej jeszcze jakieś ciążowe, żeby było wygodnie. i trzy razy pokażcie mężowi, gdzie je kładziecie i co to dokładnie jest, aż zapamięta (haha, żart).

generalnie w torbie powinniśmy mieć rzeczy do porodu( na wierzchu)  i na pobyt w szpitalu. ( albo dwie torby - też dobrze)

buziaczek w ryjeczek i powodzenia!


poniedziałek, 4 maja 2015

majowe słodkości

kasia skończyła 7 tygodni. jest coraz większa i coraz bardziej kumata. wystarczyło, że babcia przyjechała na dwa dni i mój słodki dzidziuś ( z którym przecież trenuję dzień w dzień) zaczął śledzić wzrokiem kolorowe przedmioty, a wcześniej nic. leży sobie i patrzy na kolorowe krówki, a ja patrze na nią i nie mogę się napatrzeć. śmieje sie też do kolorowej sówki i mam wrażenie, że im bardziej ona idzie do przodu,to ja cofam się w rozwoju. haha! jestem pewna, że skończy się na tym, że będę uczyć małą słowa mama i nic, a babcia przyjedzie na jeden dzień i od razu powie baba! szczepienie było bardzo bolesnym doświadczeniem dla małej i całe szczęście, że jej ojciec wyszedł wypłacić pieniądze, bo pewnie płakałby razem z nią, a mnie to nie ruszyło. ( no co ze mnie za matka?) kikut został nasmarowany azotanem srebra, poczarniał razem ze skórą wokół pępka i nadal się trzyma. nie mam już siły do niego.


kasiek 7 tyg.

majówka minęła bardzo szybko i upłynęła w bardzo przyjemnym, weselnym nastroju. to był piękny ślub i jeszcze fajniejsze wesele. na pewno będę długo je wspominać. mała została z dziadkami i gdyby nie jacek, który kazał mi dzwonić do mamy, to pewnie moja tęsknota skończyłaby się tylko na oglądaniu jej zdjęć na telefonie.

hit wesela -fotobudka

na koniec melduję, że ćwiczę już dwa tygodnie, efektów nie widzę, butów nie znalazłam.