poniedziałek, 29 czerwca 2015

czarno-biały koniec czerwca.


niby ciepło, niby lato a nastroje u wszystkich jakieś listopadowe. co się dzieje ja się pytam ? ciężko mi ostatnio idzie z ludźmi, a zebrać sę do czegokolwiek jeszcze gorzej. najwidoczniej urlop jacka w jakiś magiczny sposób wpłynął na mnie i też dałam sobie trochę na wstrzymanie.

musiałam przystopować trochę z ćwiczeniami, przyznaję się. raz - tak intensywnie ćwiczyłam, że aż rozerwałam gumę do ćwiczeń, a dwa- nadwyrężyłam lewą rękę i musiałam jej dać trochę odpocząć. od dzisiaj powracam z nową mocą (haha) i gotowością do działania. życzcie mi jak najmniej zniszczonego sprzętu sportowego, bo aktualnie zdecydowanie bardziej wolę wydawać kasę na wyprzedażach.

jak już mowa o powrotach, to od października wracam też na studia. nie mogę zostać w tym martwym punkcie, w którym tkwiłam. czas co zmienić i podświadomie czuję, że to dobry czas. mama zawsze i mówiła, że wszystko w życiu dzieje się z jakiegoś powodu i jakoś nie potrzebuję szukać w tym głębszego sensu. po prostu tak jest. tak czuję. muszę zacząć działać. najłatwiej jest nic ze sobą nie robić i narzekać. tak więc liczę na łagodne poklepanie po plecach od wszystkich, bo wiary w siebie trochę utraciłam. za ziarna niepewności serdecznie dziękuję, siejcie je u siebie.

kasiek ma coraz bardziej niebieskie oczy. duże, mądre i śliczne. ostatnio często nie zakładam jej spodenek, tylko same skarpetki. robię to specjalnie, bo kocham patrzeć jak je ściąga stópkami i jak słodko łapie się za kolanka. co do zabaw, hitem nadal jest storczyk, sowa i uśmiechnięte zabawki, najlepiej dzwoniące. fajnie reaguje też na książeczki kontrastowe, może za jakiś czas zainteresuje się nimi jeszcze bardziej. na razie ciągle trwa szał związany z wpychaniem pięści jak najgłębiej.

czasem jestem zmęczona, zirytowana, chcę się poddać. jednak wieczorem, kiedy widzę ją śpiącą spokojnie  z rękami do góry, rozwaloną na naszym łóżku...o wszystkim złym zapominam. zostawiam gdzieś ten bagaż zmartwień, kłopotów i złości. trwam w jakiejś radości, pokoju serca i ciszy. chociaż te trzy godziny.



niedziela, 21 czerwca 2015

jak krew z nosa

tak powoli idzie moje chudnięcie. no dramat jakiś. oto kolejny update notki kwietniowej.

jako zodiakalna baranica jestem niecierpliwa, mam słomiany zapał i wszystko chcę mieć tuzarazteraznatychmiast. czyli w przypadku moim najlepiej -10 na wadze w miesiąc i gołym okiem widoczne efekty. ale tak się nie da, zresztą chyba nawet nie warto, bo to średnio dobre dla skóry.



tak więc podsumowując. od dwóch miesięcy ćwiczę prawie codziennie. wyłamałam się kilka razy, z różnych powodów, nie powiem. generalnie dzień zaczynam zmuszając się  okropnie do rozłożenia mojej rózowej maty i ubrania adidasów. zmieniłam też dietę, na lżejszą zdecydowanie i staram się jeść co trzy godziny. pączka nie miałam w ustach od trzech miesięcy - w końcu to wszystko ich wina! właściwie nie jem słodyczy w ogóle, poza moją jedyną słabością jaką są lody. korzystając jednak z przepisów bardziej uzdolnionych kulinarnie blogerek i foremek z IKEA sama robię lody z owoców, mleka czy też kakao. można? można ! wagę dawno powinnam wywalić, bo schudłam dopiero dwa i pół kilograma, ale bardzo polubiłam żółty centymetr, bo zarówno w pasie i biodrach odnotowałam po minus pięć centymetrów. więc małymi krokami do przodu i może za dziesięć lat wcisnę się w końcu w moje piękne jeansy ! kolejny update walki za miesiąc.



takie tam z parku oliwskiego.


moja wózkara




jacenty, mąż mój ukochany, obecnie przebywa na urlopie ojcowskim i w związku z brakiem ładnej pogody zapełniamy czas innymi rozrywkami jak lepienie pierogów, sprzątanie piwnicy i wspólne spacery. zdecydowanie po urodzeniu dziecka atrakcje te nabrały zupełnie innego wymiaru, a park oliwski zachwyca jak nigdy wcześniej. cieszę się i celebruję każdą wspólną minutę. kasia natomiast z każdym tygodniem coraz głębiej wpycha pięści do ust i nagminnie ściąga ze stóp skarpetki. uwielbiam podglądać ją jak rano leży grzecznie i patrzy w moją stronę. tylko czeka aż otworzę oczy i od razu zaczyna się uśmiechać i cieszyć. jest przy tym taka urocza i słodka. i to nic, że wyrywa mi włosy ( które do tego właśnie teraz zaczęły mi wychodzić garściami) i prawie za każdym razem po zabawie z nią jestem obrzygana i obśliniona. w końcu wszystkiego trzeba w życiu doświadczyć, co nie?

takie piękne nalepił!


a co u was ?

czwartek, 18 czerwca 2015

my place on earth

kocham gdańsk. uwielbiam to uczucie, kiedy wjeżdzamy do miasta i tak cieplej się na sercu robi. pamiętam pierwszy raz, gdy tę miłość poczułam - chyba drugi rok studiów, wracałam z poznania, wysiadłam we wrzeszczu i najnormalniej na świecie zrozumiałam, że jestem ... w domu. od tamtej pory wielbię to miasto, choć za czasów liceum wydawało mi się takie zwyczajne i oklepane. cel wszystkich wycieczek szkolnych, z koniecznością zaliczenia maka jako punktu numer jeden.



lubię
gdańską pogodę, wiatr na morenie, ciepły październik i przewagę chmur nad słońcem latem.
jeździć starymi tramwajami.
gdańszczan, gdy mówią, że jadą do gdańska zamiast do centrum czy miasta.
dolnowrzeszczańskie kamienice i ich historię.
liczyć samoloty, gdy opalam się na balkonie.

nie mieści mi się w głowie,
że gdy pierwszy raz przyjechałam tu, znałam tylko drogę ze stacji skm do akademika, nie wiedziałam "co to jest lot" i przez pierwsze pół roku nie jeździłam tramwajami, ze strachu.
pamiętam też papierosa na morenie, na przystanku piekarnicza. stałam i paliłam patrząc w dal na to zadupie, na którym aktualnie mieszkam. ah, wtedy wrzeszcz był mym centrum świata.
śmieszna byłam.

kiedyś ciągle zastanawiałam się, gdzie wiatr mnie zwieje, los zaprowadzi. dzisiaj już nie muszę. znalazłam swoje miejsce i nigdzie się stąd nie ruszam.




wtorek, 16 czerwca 2015

dziki młyn

co się ostatnio działo u nas. omg. zapomniałam już jak to jest na święta z rodziną, gdzie harmider, gwar i tłok. przyzwyczaiłam się do bycia gdańską jedynaczką, gdzie wszystko tylko dla mnie, powietrze tylko moje i nikt nie wchodzi mi w drogę. śmieszne to i dziwne takie. to, co powodowało pot na czole po kilku godzinach stało się jakąś naturalną oczywistością i niczym odmiennym. taka zmienna byłam w ten weekend, że sama tego nie ogarniam. jednak kocham moją rodzinę, każdego z osobna i na swój sposób. wczoraj pożegnałam ostatnią parę, pozostała jakaś pustka no i mieszkanie do posprzątania.

tak czy siak. katarzyna ochrzczona. jak na łobuziarę przystało, grzecznie przespała całą uroczystość. ogólnie spanie jej się spodobało, najwyraźniej bardzo męczące jest całowanie i przytulanie przez większą ilość osób. nie sądziłam, że tak przeżyję ten event. święta rodzinne bardzo lubię, ale zawsze znajdowałam się gdzieś w ich środku, a kiedy uświadamiasz sobie, że to twoja impreza, bo już jesteś dorosła - nic już nie jest takie samo.



mój mąż jest jaki jest, wie co ma robić, nie trzeba za nim łazić i co pół roku przypominać... na szczęście mojemu tacie wystarczy podanie, dwa zdjęcia i kilka godzin ( a serio młotek i gwoździe) i mój salon wyszedł ze stanu remontowego i zaczął przypominać przytulne gniazdko. tak ! nawet skusiłam się zjeść z mężem przy stole. (w końcu mam wszystkie lampy! foty za jakiś czas)

wczoraj mała skończyła trzy miesiące. słodzina nasza ma juz stałe godziny urzędowania i mogę jeszcze lepiej zorganizować nasz dzień. lubi łapać, generalnie wszystko - na chrzcie hitem była sukienka, na codzień preferuje pieluchy tetrowe i włosy mamy. czekamy tylko aż pierwszy raz sama złapie zabawkę, nie tylko taką uśmiechniętą, czy leżącą obok rączki. strasznie śmieszna jest, kochana i bardzo jestem z niej dumna, jak widzę jak tak się rozwija. uwielbia się kąpać jak na zodiakalną rybę przystało i wyciągnięcie z wanny najczęściej kończy się histerią.




ah! kocham jej wytartą łysinkę z tyłu głowy i nie wyobrażam sobie już życia bez niej. jak widzę te cudne poranne uśmiechy, od razu chce mi się żyć ! nie mieści mi się w głowie, że niedawno była w moim brzuchu, a teraz wesoły z niej dzidziuś.



środa, 10 czerwca 2015

o tym, że fajnie jest mieć córeczkę.

od początku ciąży miałam przeczucie, że będę miała dziewczynkę. nie to, że z chłopca bym się nie cieszyła, ale jakoś tak, no nie wiem. żadne męskie imiona nie przychodziły mi do głowy, a dla dziewczynki miałam tysiąc pomysłów. zresztą pisałam o tym już kiedyś.

teraz. mogę ją stroić, przebierać (nieraz z konieczności - wiadomo), a za jakiś czas zakupię tony spineczek i opaseczek i będziemy robić kiteczki (tak marta zainspirowałaś mnie). w chwili obecnej jest to niemożliwe, bo fryzura kaśki to nic innego jak popularny w latach 80 czeski dywan i było by trochę ciężko, z drugiej strony bardzo śmieszy mnie ten jej fryz i nie ma co go jeszcze bardziej upiększać (haha). tak więc powyciągałam wszystkie sukienki, lato w końcu przyszło i nie ma na co czekać.





w niedzielę jej wielki dzień- zostane ochrzczona, outfit już od stycznia wybrany, teraz pozostaje jedynie się modlić o odpowiedni stan umysłu dla mojej księżnej. ona sama raczej nie jest zestresowana. z coraz większą ciekawością obserwuje teraz świat, śliniąc się przy tym niemiłosiernie ( może zęby idą?). wygląda to przekomicznie, ale za przyjemne nie jest, szczególnie dla nas, rodziców.

uwielbiam spędzać czas z kasią. bawić się z nią, ćwiczyć, śpiewać piosenki i niewiemcojeszcze.
jednak mój zapał nawet w jednym procencie nie dorównuje zapałowi jacka, który każdą wolną chwilę spędza na zabawie z nią. potrafi godzinę pokazywać jedną zabaweczkę, czyta wierszyki. no długo by opowiadać. gdybym ja miała tyle cierpliwości... fajne książeczki mamy i co z tego, że kasia jeszcze taka mała i że nie rozumie. polecam wszystkim takie powroty do przeszłości.
...
najbardziej jednak lubię przytulać się do niej jak śpi. wygląda tak niewinnie i grzeczniutko. łapię ją wtedy za rączkę, standardowo wącham główkę i sama odjeżdzam w objęcia morfeusza.



sobota, 6 czerwca 2015

odkurzam.

zapomniałam trochę o tym blogu. lato w gdańsku, lato w domu, lato w głowie. jak wszystko pięknie się układa i człowiek jest szczęśliwy, to nie potrzebuje oczyszczania umysłu i wypisywania żenująco posklejanych fraz. co nie ?

zachorowałam na zdrowe żarcie. jarmuże, amarantusy i inne nasiona. czytam składy, etykiety. dzień zaczynam od kaszy jaglanej, a olejem kokosowym słodzę kawę. jacek jest twardy i nie daje się przekonać (haha), ale na zakupy do zdrowych żywności i zielonych listków jeździ i tak myślę, że na tyle zaspakaja mnie jego wsparcie w tej dziedzinie.

czerwiec znaczy truskawki. nie mogę za bardzo szaleć z ilością, ale zjadłam juz w koktajlach, jako wodę smakową i świeżo po umyciu. mogłabym je jeść na potęgę. ah. a żeby sobie osłodzić nadchodzącą jesień - zrobiłam też kilka słoiczków dżemu. ciekawe czy do jesieni dotrwają. hihi.

kaśka drapie wszystko i wszystkich. non stop. mogę jej codziennie obcinać paznokcie i podpiłowywać zadziory. nie wiem jak ona to robi - zawsze znajdzie się maluteńki kawałeczek, żeby obdrapać sobie ryjek a mamie cycka.

uwielbiam weekendy, kiedy jesteśmy wszyscy razem. soboty sprzątające i spacerujące.
uwielbiam dni, kiedy jesteśmy same i ona jest panią mojego czasu.
uwielbiam czerwiec, moje miasto, mieszkanie, ale najbardziej jednak moją rodzinę. tylko tyle i aż tyle.






poniedziałek, 1 czerwca 2015

taki dzień dziecka


moja katarzyna s.

ah, dopiero co ją urodziłam, a już gada. do siebie, do mnie, do taty. a najwięcej do kolorowych krówek.

jedenastotygodniowa kasia lubi :
brokatowego dyda, leżeć pod karuzelą, kąpać się w wanience, patrzeć w lustro, na żaluzje i czarny obrus. najbardziej jednak lubi storczyka w sypialni, który póki co jest jej najlepszym przyjacielem i śmieje się do niego jak do nikogo innego.
mama lubi kiedy kasia:
śmieje się do niej jednocześnie jedząc mleko, jej mądre niebieskie oczy i poranki, bo wtedy kasia jest najweselsza.
kasia nie lubi :
zakładania czapki na głowę, oliwkowania ciała, wyciągania z wanienki i mycia buzi.
mama nie lubi kiedy kasia :
wymusza noszenie na rękach ( dzięki tato i babciu) i jak robi sceny w osiedlowym netto i wszystkie stare baby zaglądają jej do wózka.

w zeszłym tygodniu finalnie pożegnaliśmy kikut pępowinowy, który po 10 tygodniach zmagań został permamentnie ucięty i w końcu można kąpać się na brzuszku. dwa dni temu mała odpowiedziała też pierwszy raz "agu" na nasze wypociny, i teraz nawija, że aż miło. wsadza też pięść do gęby, co jest tak urocze, że aż ciężko się nie uśmiechnąć.

a na dzień dziecka kasia dostała milion buziaków, a mama piękną niebieską lampę.