poniedziałek, 27 lipca 2015

o zielonej sobocie

jak można spędzić sobotni ranek? można spać do 10 i cały dzień lenić się w łóżku ...można leżeć i nierobićnic. cóż, też tak kiedyś miałam, ale chwilowo ten etap mam tak jakby za sobą. normalni ludzie o 6 rano w sobotę najczęściej przewracają się na drugi bok i dalej smacznie śpią. w końcu każdemu coś od życia się należy. nasze soboty generalnie nie różnią się od siebie, ale miniona sobota najzwyczajniej przeszła samą siebie, a bynajmniej jej poranek.

6:00
czuję delikatne zaczepki i drapanie po rękach. otwieram jedno oko, widzę że dziecię już nie śpi, ale o tej porze lekceważę wszystko i wszystkich.

6:08
dzidziuś zaczyna gadać, tak głośno, że daję jej cyca (no błagam cię, śpij dzieciaku).

6:12
zjadła. ale dalej gada. myślę sobie, że pasowało by ją przewinąć. prawie ślepa ściągam ją z łożka i przewijam na przewijaku. młoda szczęśliwa i zadowolona. odkładam bobasa i siebie na miejsce.

6.14
odjeżdzam na zimnej ścianie, młoda obok wywija nogami. tym razem zaczepia ojca, więc chwilowo mam święty spokój.

6.30
przez sen słyszę zrzut bomby atomowej na hiroszimę. nie otwieram oczu, udaję, że nie słyszę i śpię snem najgłębszym z najgłębszych.

6.34
ojciec dziecka się zlitował i wstaje je przebrać.

6.36
ojciec dziecka rozpaczliwie woła matkę dziecka. znowu nie umie czegoś zrobić i mnie woła, myślę sobie, ale sytuacja chyba jest poważna. wstaję i oczom nie wierzę. cała lewa noga małej, całe dziecko, cały pajacyk, podkład jeden, drugi, trzeci, prześcieradło w łóżeczku, kocyk, prześcieradło nasze (!!!) wszystko w zielonej mazi o mlecznym zapachu. nieprzytomna matka (ja) źle zapięła pieluchę (albo nie zapięła jej wcale). lepiej być nie mogło. dzidziuś najszczęśliwszy na świecie.

6.40
dziecko drze się myte pod zlewem, ojciec dziecka zapiera w/w przedmioty szarym mydłem. aha, zapomniałam wspomnieć, że goście śpią w dużym pokoju.

tak więc sami widzicie. pierwsza nasza taka akcja, no oczywiście przed 7 rano. w dodatku nie zasrała jednej rzeczy, zasrała od razu wszystko, co tylko się dało. nie szczypie się dziewczyna nic a nic. po wszystkim grzecznie musiała odespać, w końcu każdemu coś od życia się należy.




piątek, 24 lipca 2015

lipcowe historie, część kolejna.

dopadło mnie coś ostatnio. jakaś dziwna ochota na coś słodkiego. mąż nie czyta mi w myślach, więc złe coś kupił. zresztą sama nie wiem, czy cokolwiek by mi odpowiadało, bo do dzisiaj jeszcze szukam w głowie, co bym chciała zjeść. jak byłam w ciąży miałam ciągle ochotę na pączki z budyniem albo odwrotnie, na ostre smaki. chwilowo powróciła miłość do mdłego żarła, nic nie muszę doprawiać, a ulubionym przysmakiem mym są lody. mówią przecież, że kalorii to to nie ma, no to jem. gardzę jednak sklepowymi czy wodnymi (no może z wyjątkiem magnumów). najbardziej smakują mi te z piekarni i moje własne. zawsze czeka na mnie w zamrażarce jakiś, w razie WU. wystarczą foremki z ikei za mniej niż dyszkę i trochę owoców. najlepiej sprawdzają się banany i mleko (z truskawką/ maliną/ mango/ jagodą), ale u mnie ostatnio szał na lody z kiwi. pyszne, słodko-kwaskowate lody z żółtego kiwi. wystarczy zblendować, zamrozić i voila!






pycha !



kasi też muszą smakować, bo żadnych uczuleń nie ma, rośnie zdrowo dziewczyna, udziec jest, znaczy się nasza jest. rano to takie dziecko szczęścia z niej. budzi się zawsze mega radosna. czeka, aż wstaniemy i od razu się śmieje. czasami, jak już długo leży zaczyna nas zaczepiać, szczypiąc delikatnie po rękach. opanowała już umiejętność obrotów i dzisiaj rano leżała głową wbitą w mój brzuch, przekręcona o 90 stopni, szczęśliwa jak niewiemco. o szóstej, często jeszcze nieogarnięta, z jednym otwartym okiem, wsadzam ją do łóżeczka, nakręcam karuzelkę i bawi się sama, aż jej się nie znudzi. patrzę na nią wtedy, ale czasem zamknie mi się drugie oko, a jak otworzę oba, to już ma głowę tam, gdzie chwilę temu nogi miała i skarpety zdjęte, rzecz oczywista. kicha jak tylko porazi ją słońce, ale zawsze przynajmniej dwa razy (to po ojcu chyba ma), a jak jest głodna atakuje wszystko : od nosa, po brodę, ramię, no byleby coś poleciało. i tak cudownie nam do piętnastej. tylko trzecia u sąsiadów wybije, młoda zmienia imię z katarzyna na atencja i już nawet na sekundę nie można jej zostawić samej. potrzebuje ciągłej uwagi, zabawy, noszenia. na chwilę odłożę i już kwęka. nie widzi mnie chwilę, ta sama śpiewka. i tak do wieczora. dobrze, że popołudniu mam dodatkowe wsparcie, bo wyłysiałabym do końca, nie mogąc się ruszyć nigdzie.


lubię nasze poranki na sofie 


zapowiada się piękny weekend, pełen słońca i spacerów. dodatkowo musi być cudny, bo zaczynamy go od makaronu z kurkami w sosie śmietanowym. pasta, lody, dobry film na canale - no najprostsze rzeczy dają mi najwięcej radości, a razem z tymi, których kocham to stuprocentowy przepis na szczęście. już nie muszę nic doprawiać.


poranny kasiek

poniedziałek, 20 lipca 2015

update fitness wyzwanie part 3



tak sobie właśnie powtarzam, ża każdym razem kiedy muszę ruszyć tyłek. wierzyć się nie chce, że już 3 miesiące za mną, spektakularnych efektów niestety brak. chyba nie podołam wyzwaniu, bo na każdy miesiąc przypada spadek  1 kg (haha). czuję się świetnie, mam dobrą kondycję, no i w pasie straciłam 8 cm ! wierzyć się nie chce! dobrze, że co miesiąc wszystko zapisuję! widzę, że jest lepiej, bo powoli mieszczę się w ubrania, no i jak oglądam foty z kwietnia, to strach patrzeć... może to i lepiej, że waga tak wolno mi schodzi? przecież nigdzie mi się nie śpieszy! czy słońce czy deszcz ja robię swoje. nie opuszczam treningów, a zaraz po nich czuję się szczęśliwa. tak więc 15 kilo w 5 miesięcy - niestety nie uradzę, ale najwyżej we wrześniu podejmę kolejne wyzwanie, co nie ?

weekend należał do takich, które lubię najbardziej. czysty chillout. odpoczywaliśmy, jedliśmy przepyszne żarcie ( sorry nie mam fot- zjedzone zanim wyciągnęłabym telefon), nawet poleżałam na hamaku, a wszystko to dzięki uprzejmości pana jarosława i karoli. kaśka spędziła dużo czasu na świeżym powietrzu, w związku z czym chyba odbija jej teraz w zamkniętym pomieszczeniu (tj. domu). nie wiem, co jej jest, strasznie krzyczy za każdym razem kiedy po prostu chce jej się spać. mam nadzieję, że to minie.

pozdro z działeczki !






zdjęcia by jaro


niedzielę też miałam spędzić aktywnie. tydzień szykowałam mleko. tata nastawił się psychicznie, a ja pojechałam na maraton zumby do brzeźna. i dokładnie tak jak napisałam - pojechałam i na tym się skończyło, podróż zajęła mi ponad godzinę, a po dotarciu na miejsce zaczęło tak lać, że za długo nie zabawiłyśmy. event jest event, nawet deszczowy. i liczy się. ale jakby nie padało, byłabym bardziej zadowolona.

podsumowując: staram się, dla siebie przede wszystkim. nie tylko ciuchy, ale i przyjaciele są moją motywacją. dziękuję za każde wsparcie. po skończonych ćwiczeniach na przykład, jacek zawsze mówi, że jest ze mnie dumny. i zawsze mi się cieplej na sercu robi, mimo, że najczęściej mówi to siedząc przed telewizorem, z piwskiem w ręku. o motywacjo. ostatnio mniej ćwiczę z gumą, wszystko przez lekką kontuzję nadgarstka, której się nabawiłam. zresztą muszę zmieniać formę ćwiczeń, bo szybko się nudzę. zaczęłam 4 tydzień biegania i tym samym dodałam bieg na 10 kilometrów do mojej the bucket list. trzymajcie kciuki, bo kto wie, może w przyszłym roku?

czwartek, 16 lipca 2015

parszywa piętnastka

czytając ostatnio moją ulubioną bombo doszłam do wniosku, że też muszę zrobić małe podsumowanie. wszak prowadzę tego bloga już pół roku, czas zleciał, trochę się wydarzyło !

prowadzę bloga, bo...lubię? potrzebuję? mój stary, poprzedni, ukochany ownlog był ze mną od liceum, zajmował się sprawami błahymi i ważnymi. w chwili obecnej, jak go czytam, śmiać mi się chce na głos jaka głupiutka wtedy byłam. licealne problemy, które wydawały mi się wtedy tak śmiertelnie ważne i kluczowe, w chwili obecnej znaczą tyle co nic. na studiach traktowałam bloga po prostu jak czystą kartkę, którą mogę zawsze zapełnić własnymi rzygami, bólem dupy i świata, ewentualnie romantyczną prozą bez polotu.
był mi potrzebny i nadal jest. to mój sposób i forma rozliczenia z teraźniejszością, przyszłością i przede wszystkim przeszłością.

w styczniu rozpoczęłam swoją przygodę z bloggerem, chodziłam do szkoły rodzenia i żarłam pączki. na sucho uczyłam się obsługi niemowlęcia i miałam czas dla wszystkich i na wszystko, tylko nikt nie miał tego czasu dla mnie.

w lutym nadal żarłam pączki, robiłam pranie i wietrzyłam w domu. zaczęłam wić gniazdo i poczułam wiosnę, co skończyło się tygodniowym pobytem w łóżku. ostatni raz byłam też wtedy w kinie i w restauracji z mężem. supcio! a no i w lutym zrobili nam kuchnię !

w marcu już ledwo chodziłam. bujało mną na boki i nosiłam buty większe o rozmiar. nadal byłam królową seriali i odliczałam dni do wielkiego dnia. w połowie miesiąca urodziłam kaśkę i już nic nie było takie samo. a mój stan psychiczny i dwa ostatnie tygodnie marca wymazuję z pamięci.

w kwietniu zaczęłam dochodzić do siebie i na nowo się organizować. po długim czasie w końcu wyszłam na dwór, zaczęłam się ruszać ( wszystko przez te cholerne pączki!!!) i podjęłam sportowe wyzwanie (update juz za 4 dni). no i świętowałam najlepsze urodziny ever ! bo we trójkę.

w maju wiosna na dobre rozgościła w moim sercu. wróciła stara savicka, zorganizowana i niepoprawna optymistka. pojechałam do starego domu na mini wakacje i odpoczęłam. w parku, na rowerze i pod kasztanem. na starych śmieciach, ze starymi znajomymi.

w czerwcu były chrzciny i istne szaleństwo. jaca miał urlop i dużo czasu spędziliśmy całą rodziną. przyjechał też mój tata i jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki mój salon zamienił się w całkiem przytulne miejsce.

lipcu trwaj ! jagodowy sezonie, ciepły wieczorze, czereśniowy szale ! nie wiem co przyniesiesz, ale wszystko biorę na klatę. w końcu czas ucieka tak szybko. robiąc ten bilans, zrozumiałam, że wiele osiągnęłam. nie mówię teraz o rzeczach, które można zmierzyć (8cm w tę czy w tamtą haha), ale o tym, że zostałam mamą. dobrze, że mam tego bloga, bo zawsze będę mogła do tego wrócić, przeczytać co czułam, z czym się zmagałam. nawet jeśli za 10 lat będę się z siebie śmiać, jaka byłam głupiutka.

a jak już robię podsumowania, to wczoraj kasia skończyła 4 miesiące, stuknęło mi 5 lat pracy i dokładnie rok temu dowiedziałam się, że jestem w ciąży. prześladuje mnie ta piętnastka ! nadwagi też mam wszak piętnaście kilo.

buziaczek w ryjeczek.





poniedziałek, 13 lipca 2015

o domu w pięciu słowach

wyobrażaliście sobie kiedyś jak to jest mieć czworo rodzeństwa i w dodatku być najstarszym dzieckiem z całej piątki? hm, dla mnie to nie problem sobie wyobrazić, co więcej mam duże doświadczenie w tej kwestii... tak więc zawsze pełna chata, gwar, mało prywatności, awantury. młodsze dzieci małpujące starsze, walka o łazienkę i kto ma schować odkurzacz. już nie mówię o jednym komputerze!

z biegiem lat dochodzę do wniosku, że ciężko żyć w jednym domu, gdy każdy z nas ma inny charakter i co więcej - nie zostaliśmy wychowani tak samo (a może to kwestia rozciągłości w czasie?). nie wiem. w każdym razie przed oczami mam same dobre obrazy.
mi, jako najstarszej, wychowywanej na zwycięzcę, w drogę się nie wchodzi, poza tym dobrze mi jako kierowniczce całego świata. i niech tylko inna kierowniczka mi stanie na drodze. biada jej. i wszystkim wokół.

nie pamiętam, żeby ktoś mi mówił :" jesteś najstarsza, musisz być mądrzejsza i odpowiedzialna". a może jednak? i tak sobie to wzięłam do serca, że nie potrafię już żyć inaczej? i dzięki temu jestem w miejscu w którym jestem. już prawie całkiem na własnych warunkach, z własną kawą, garnkami i dywanem.


lubię zapachy domów. każdy jest inny i niepowtarzalny, coś mówi o mieszkańcach. zawsze jak wracam do domu, wdycham ile mogę, dopóki nos mi się nie przyzwyczai, to taki zapach miłości i bezpieczeństwa. nie do opisania.

nie wiem, jak to jest być środkowym albo najmłodszym dzieckiem. nie znam ich problemów, często wielu rzeczy nie rozumiem. nie mam z wszystkimi równych układów, każdego kocham na swój sposób. od lat w sumie nie wiem co w domu, nie uczestniczę w tym życiu jak kiedyś. wypadłam z gry, a może po prostu sama ją zakończyłam? wygrałam już swoje, mam worek z  miłością do ludzi i życia, pudełko uczciwości i kartonik uporządkowanych wartości.
i wam tego życzę, żebyście wygrali, nie z kimś konkretnie, ale z samym sobą i mieli przy sobie wszystkie cenne skarby, które można zabrać tylko z domu.



just 5 w wersji świątecznej parę lat temu :)

czwartek, 9 lipca 2015

słodko-gorzki skandynawski czwartek

dramaty lipca ciąg dalszy.
po cieknącej pralce ( już naprawionej) padły żaluzje. mam je rok, reklamuję po raz drugi. tak mi się podobały drewniane żaluzje, a teraz najchętniej zerwałabym je i rozerwała na strzępy. nie dość, że kurzą się niemiłosiernie, to jeszcze ciągle z nimi coś. raz poszła nitka, raz poszła żyłka. jak tak dalej pójdzie to mi albo jackowi pęknie inna żyłka przy okazji.
do wczorajszych sukcesów mogę dorzucić urwaną uszczelkę przysznicową i ścianę ubrudzoną na zielono (nie trafiłam do pralki z żelem do prania), a tydzień się jeszcze nie skończył...

spadek ciążowych hormonów skutkuje wypadaniem włosów na potęgę. PO-TĘ-GĘ. ja, farbowana blondynka, zwolenniczka jasnych podłóg  i odpalająca odkurzacz po każdej wizycie ciemnowłosych gości nie daję już rady. one są wszędzie. nie nadążam z odkurzaniem. jak tak dalej pójdzie to zostanę łysa i coś czuję, że kasiek z miłą chęcią w tym pomoże, bo włosy to jej druga obsesja, po wsadzaniu rąk do gęby.

a teraz rzeczy miłe i milsze.

wygrałam książkę! to drugi raz w życiu kiedy coś wygrałam w tym roku i w ogóle. w maju zgłosiłam się do w konkursu vogue, w związku z czym otrzymałam 4 paczki papierosów (będą na czarne czasy). a teraz wzięłam udział w konkursie na blogu u mojej ulubionej marty, znanej jako francuska bombonierka. dzięki jeszcze raz, dam znać jak mi się podobało "w krainie kolibrów".

nowy miesiąc, nowy mebel. mamy już szafkę pod telewizor. skręcał mąż i z każdym kolejnym meblem z ikei idzie mu to szybciej i sprawniej. zobaczymy przy kredensie. irenka witkacego i lampy dzięki uprzejmości taty. a te skrzyneczki na zabawki kaśki zrobili dziadek z babcią - tacy zdolni są oboje! ahhh, coraz piękniej u mnie. aż strach pomyśleć co to będzie za rok...






poniedziałek, 6 lipca 2015

zwykły lipcowy poniedziałek

początek tygodnia i początek nowych problemów. cieknie z pralki, cieknie z nieba, wolę nie wiedzieć skąd jeszcze. weekend chyba mogę zaliczyć do udanych, pod względem towarzyskim zwłaszcza, bo pogoda średnio zachęcała do wychylenia nosa z domu. codziennie ktoś nas odwiedzał, a w sobotę to weekendowe odwiedzanie świętowałam nawet z leszkiem bezalkoholowym w ręku. ah, porobiłam się jak nigdy.
dzisiaj z chęcią wyszłabym na ten deszcz. poczuła trochę orzeźwienia. poprostu z chęcią bym zmokła! jednak kaśce mogłoby się to niespecjalnie spodobać. nie dość, że taka pogoda średnio na nią wpływa, to jeszcze marudzi od samego rana i mogłabym się znaleźć na jej czarnej liście.

a teraz uwaga, attention, attenzione.
wcisnęłam swój tyłek w moje ulubione dżinsy. i nie zmienię w tym zdaniu ani jednego słowa. wcisnęłam. zapięłam guzik! ciężko, nie wspomnieć, iż jeszcze wszystko mi się z nich wylewa, ale sam fakt, że przecisnęłam je przez biodra ( i kolana haha) poprawił mi dzisiaj trochę humor. a tę niebieską wagę serio wywalę, bo albo się zepsuła, albo już nie wiem co z nią, że co wchodzę to stoi w miejscu. także tego, spadam świętować swój mały sukces. tym razem jednak bez leszka, ale twarożkiem i kalafiorem.


piątek, 3 lipca 2015

zapach lata

najbardziej lubię poranki
słońce tak nawala w okna sypialni, że ciężko otworzyć oczy. nie ma z tym absolutnie żadnego problemu kasia, która średnio co drugi dzień ma o piątej rano największą ochotę na zabawę. leży niby grzecznie, tylko czeka, aż otworzę oko. jak otworzę, już przepadłam. trzeba zabawiać, być obok, nie wolno dziewczynki zostawić samej. tak jej rano do śmiechu, że zaraża wszystkich wokół, a matka musi inwestować od młodości w kremy przeciwzmarszczkowe. później jak jacek wybywa do pracy, oglądamy wszystkie zabawki, wybieramy wspólnie outfit i w cyklach 2-3 godzinnych potarzamy czynności związane z jedzeniem i spaniem i tak w kółko.

najbardziej lubię popołudnia
słońce tak nawala w okna w salonie, że mimo zasłoniętych żaluzji nie można w nim wysiedzieć. nie ma opcji, by otworzyć okno. popołudniu jestem najczęściej już delikatnie zmęczona i tylko czekam, aż wróci jacek, zje obiad i zajmie się nią, a ja bez żadnych skrupułów będę mogła walnąć sobie partyjkę w candy crush, albo dwie, albo trzy.

najbardziej lubię wieczory
kiedy kładę ją do naszego łóżka, a ona grzecznie leży i czeka, aż ją nakarmię. nie zawsze jest tak różowo, nie raz drze się w niebogłosy i rzuca na cycka. i leżę z nią godzinę, próbując podmienić go na smoczek. walczymy jak równa z równą. z różnym skutkiem. z naszej dwójki finalnie jednak zawsze wygrywa morfeusz, żadna z nas nie ma z nim szans.

najbardziej jednak lubię noc
kiedy tak leżę i czuję jej zapach. mam wtedy przed oczami wszystkie truskawki, maliny i czereśnie świata. narkotyzuję się tą małą główką. na zapas. by na zawsze zapamiętać zapach tego lata.