wtorek, 8 marca 2016

colours of dublin

nie powiem, że nie miałam stresa przed wylotem. potrzebowałam wolnego, chwili wytchnienia, a z drugiej strony mimowolnie targały mną matczyne wyrzuty sumienia. nie jestem wszak klasyczną mamuśką, dla której nawet godzinna rozłąka z dzieckiem powoduje rozstrój żołądka, a później wrzody. ale nie można się pozbyć tak po prostu tego słodkiego cięzaru, który nosimy w sercu i w głowie. jesteśmy matkami i nie da się o tym zapomnieć. nie ma sensu nawet próbować. i nikt nie zrozumie, co mam na myśli, dopóki sam rodzicem nie zostanie.



dublin jest piękny. jestem zakochana po uszy! samo miasto jest urocze, ma niską zabudowę i kolorowe drzwi na każdym kroku. ludzie są uprzejmi, zaczepiają w lokalach, ale jak mówi ulka, nie byłby dublinem, gdyby na ulicach co chwilę nie było słychać polskiego języka. w dublińskich barach raj dla jacka i innych piwoszy, można tam przesiedzieć cały dzień, w miłym towarzystwie i muzyce granej na żywo. no, poezyjka.'

w sobotę zabrano mnie na klify. widoki zapierające dech w piersiach, takie, których nie zapomina się chyba do końca życia. błękit mieszający się z granatem i zielenią wokół. człowiek mógłby tam zostać na wieki. na koniec poszliśmy na klasyczne fish&chips do najfajnieszego shitty baru ever (jak mówi ulka). karmiliśmy jelenie marchewką, musiałam też zaliczyć kilka sklepów (w końcu się wyżyłam!). no co tu dużo opowiadać, spędziłam cudowny czas z rodziną, bez żadnego pośpiechu, zrelaksowana, jak już dawno nie byłam.

polecam to miasto każdemu, nawet na krótką chwilę, myślę, że każdy znajdzie coś dla siebie. na koniec kilka wspomnień, których nie oddam nikomu, choćby nie wiem co.

howth


drzwi moja irlandzka obsesja :)

raj mojego męża

klify w howth





wiosna

bambi rogi mi dorobiła łobuz!

1 komentarz:

  1. tęsknimy! fajnie, że wpadłaś. widzimy się niedługo ;)

    OdpowiedzUsuń