piątek, 22 kwietnia 2016

barcelona z wózkiem

jak się okazuje, nie taki diabeł straszny jak go malują. wróciliśmy wypoczęci, troszkę opaleni i zrelaksowani. mogę śmiało stwierdzić, że to były wakacje mojego życia i już zaczynam planować następne! ale od początku.



bardzo obawiałam się lotu samolotem z kasią, że będzie płakała albo bała się. okazało się, że zasnęła jak tylko samolot przyśpieszył i całkiem nieźle zniosła podróż w jedną i w drugą stronę. oczywiście wszystko jej się podobało. jedynie pas, którym była do mnie przypięta, nie za bardzo przypadł jej do gustu i trochę z nim walczyła, ale ogólnie nie mam zastrzeżeń do jej zachowania (hehe). na lotniskach wszędzie puszczali nas przodem, nie musieliśmy stać w żadnych kolejkach i spotkaliśmy się z dużą życzliwością.

dojazd z lotniska el prat jest banalny. aerobus kosztuje 5 euro i dojeżdza do placa catalunya, z którego mieliśmy przysłowiowy rzut beretem do naszego mieszkania. mieszkanie może było trochę ciasne, z małym balkonikiem, ale świetnie ulokowane. wózkiem po barcelonie poruszało nam się bardzo dobrze. mało było takich miejsc, w których mielibyśmy problem z dalszą jazdą. oczywiście musieliśmy odpuścić kilka atrakcji, jak wieże w sagradzie, czy finalnie tibidabo, ale i tak jestem zadowolona z efektywności naszego zwiedzania.

warto pojechać do tego miasta chociaż na jeden dzień, zgubić się w wąskich uliczkach barri gotic, a potem odnaleźć gdzieś nad morzem. my tak robiliśmy codziennie. zrobiliśmy w te parę dni prawie 200 km piechotą, a mimo to czuję się wypoczęta. udało nam się zobaczyć sagradę familię, park guell. bardzo mi się podobały te atrakcje, aczkolwiek muszę przyznać, że są trochę przereklamowane.
duże wrażenie zrobiła na mnie katedra św.eulalii( mieszkaliśmy zaraz obok), jej budowla, historia z 13 gęsiami na krużganku jakoś bardzo przypadła mi do gustu i ciągle miałam ochotę zajść chociaż na momencik.

w wolnych chwilach odpoczywaliśmy albo na plaży w dzielnicy barceloneta, albo chodziliśmy do parku ciutadela, który wyjątkowo podpasował jackowi. efektowna kaskada na tyle mu się podobała, że nawet sobie sam chłopak strzelał selfiaczki.

zwiedzaliśmy, odpoczywaliśmy, a na weekend dołączyła do nas moja siostra urszulita z rubenem. fajnie było spędzić wspólnie trochę czasu, pograć w kartym posłuchać jak ulka mówi po hiszpańsku i wspólnie jeść hiszpańskie jedzenie (ale o tym osobny post, obiecuję).
w niedzielę mój mąż spełniał marzenia i wraz z rubenem pojechali na mecz na camp nou. co się nadenerwowałam czekając na niego to moje, ale grunt, że wrócił taki szczęśliwy, należało mu się w końcu.

oceanarium i zoo odpuściliśmy, wszak kasia jeszcze trochę za mała. robiliśmy 2 podejścia, żeby wjechać kolejką linową na wzgórze montjuic, ale 1,5 godziny czekania (czyt. stania) z kaśką w wózku to jakiś dramat, więc odpuściliśmy.

jedyna niefajna rzecz, która nam się przytrafiła, to gorączka kaśki. niestety nie spadała i musiałam wzywac lekarza przez polisę, którą wykupiliśmy. obejrzał ją i powiedział, że spokojnie może to poczekać do polski, a na już dziś wiem, że młoda dostała zapalenia układu moczowego. nie wiem z jakiego powodu, ale najważniejsze, że wiemy co jej jest i teraz już bęzie tylko lepiej.

wrzucam trochę foteczek. do następnego.

plaża z siostrą zawsze spoko

miłość

<3

barri gotic

besos!

la playa!

park ciutadela, polecam!

casa mila

barceloneta

z wujkiem rubenkiem

kaśka przesypiała każdą atrakcję. tu - sagradę familię

a tu park guell. :)

park guell




1 komentarz: